|
czwartek, 20 marca 2008
Nad małą polankę, na której grupka osób rozbiła niewielki obóz, zakradł się zmrok. Drużyna siedziała wokół ogniska i myślała o Świętach, cukierkach, Aqua-parku i innych przyjemnych rzeczach. Niektórzy spali, niektórzy jedli, a jeszcze inni użalali się nad sobą. - Jestem życiowym bankrutem i przegniłym robakiem! - płakał Zdzichu - Zrujnowaliście mnie. Zabiliście jedyne źródło mojego utrzymania! I jak ja teraz będę naciągał wiernych? - Uspokój się, kmiocie, i strzel sobie bucha - Gwidon wyciągnął w jego stronę małego białego skręta. Zdzichu zaciągnął się głęboko, po czym oparł głowę o pień drzewa i powolutku wypuścił dym. Było ich siedmioro. Tego dnia Haakon odłączył się od nich i ruszył w stronę Krakowa. Dziewczęta ubolewały nad tym przez kilka godzin. Za to Jaskier nie posiadał się ze szczęścia i ułożył na tę okazję specjalną balladę, zatytułowaną „Po nocy nastał świt”. Cecyl siedział obok Agrypiny, która przycupnęła na kępce miękkiego mchu, ale dla Cecyla nawet ten mech był twardy, jedzenie bez smaku, a las nieprzyjemny. Elegia go odtrąciła. - A ja już miałem plany – zwierzał się Agryppie, która siedziała do niego bokiem z miną poirytowanego kota i od czasu do czasu po kociemu ściągała uszy do tyłu – Elegia to szlachcianka, wiesz. Więc pomyślałem, że mój ojciec zgodzi się na nasz ślub. No wiesz, bo ja mam poślubić Bartolomeę Guzik, tą lampucerę. Elegia natomiast spała spokojnie na płaszczu samuraja, który strugał kolejny już tego dnia kołek i zastanawiał się, jak z tego wszystkiego wybudować dom i utrzymać rodzinę. Ogień powoli dogasał. * * *
Następnego dnia przyjaciele wylądowali w Kamieniu. Mieli w miarę dobre humory, bo pogoda była całkiem ładna, a po drodze spotkali grupę Arabów, od których kupili trochę orientalnych ciasteczek cynamonowych. Wszystko było ładnie, pięknie, także drużyna nie spodziewała się, że zostanie pochwycona w pułapkę. - Jesteście tylko kupą gnoju na moim małym, czystym podwórku – wycedził Kloakr przez zaciśnięte zęby – Ale teraz odwróciła się karta. Mam was w garści, ptaszki… Przyjaciele siedzieli związani z tyłu za ręce pośrodku kręgu żołnierzy. - Te, czy on nie jest jakiś zboczony? – zapytał półgębkiem Gwidon i zaraz dostał kopniaka w brzuch. Drużyna obdarzyła Kloaka morderczymi spojrzeniami. - Taaak – zamyślił się hrabia – Teraz należycie do mnie, gołąbki. I w sumie mógłbym was od razu zabić. Ale wtedy nie byłoby takiej zabawy. A, uwierzcie mi, to, co wam przyszykowałem będzie gorsze, niż wszystko, co potraficie sobie wyobrazić. Gorsze, niż piekło… - Dramatyzujesz, stary – rzucił czarodziej – Jesteś tylko cuchnącym kłębkiem kłaków walającym się po naszych gaciach i trzeba cię odkurzyć… - jeden z żołnierzy zdzielił Gwidona drzewcem w głowę. Czarodziej stracił przytomność. - Gwidon! – krzyknęła cicho Elegia, po czym wbiła pełne nienawiści spojrzenie w Kloakra, który tylko uśmiechnął się ukazując braki w uzębieniu. Skinął głową w stronę Gwidona. - On będzie pierwszy – wyszczerzył się jeszcze szerzej, po czym zwrócił do żołnierzy – Zabierzcie ich do mojej twierdzy. Tylko bez zbytecznego hałasu. Króla wybierze się za trzy dni. Przygotujcie wszystko na mój powrót. Bywaj, hałastro – rzucił w stronę drużyny i odjechał.
wtorek, 27 listopada 2007
- Jestem Arnold - powiedział napuszony nieco żołdak z bladą twarzą - a jakie jest twoje imie? - Jestem Yossarian - powiedział wyprostowany szlachcic odziany w lśniącą koszulę kolczą i czerwoną pelerynę z kunsztownie wyhaftowanym lampartem. Przy jego pasie zwysały dwa zdobione kością słoniową pistolety, zaś z pod bujnej czupryny wyzierały ciemne oczy - hrabia... - To wyście są ten szlachcic, co ma być posłańcem? - Odpieprzcie sie ode mnie panie Arnold - powiedział sucho de la Crua i pognał konia Gdy liczący dwudziestu konnych oddział dotarł do pierwszych zabudowań Kamiona był już późny wieczór. Jan Firlej zatrzymał żołnierzy i spojrzał na Yossariana - Tutaj musimy się rozstać. Ja sam nie wjadę na teren sejmu, ponieważ jest tam za wiele nieżyczliwych mi ludzi, ale herb który nosisz na plecech ciągle coś oznacza... Pamietaj, że sam król Władysław, ojciec Kazimierza z Piastów nosił ten herb... - Będę pamiętał. Czy coś jeszcze powinienem wiedzieć? - zapytał poważnie, co żadko mu się zdarzało - Z moich informacji wynika, że jeszcze tej nocy ma dojść do ostatecznej decyzji i poznamy nowego króla. Mają tam być obecni wysłannicy wszystkich kandydatów, no, oczywiście prucz wysłanników Batorego, nie mam żadnych informacji odkąd uciekł Kloakrowi. Na tego ostatniego musisz uważać. To najwierniejszy sługus Uchańskiego, który będzie starał się w jakiś przemyślny sposób cie...ehm...odsunąć od sprawy. Moja eskorta i herb zapewnią ci nietykalność, ale miej się na baczności, wszak licho nie śpi i pamiętaj, że od wczoraj moje piękne armatki ustawione są na wzgórzach Grochowa i tylko czekają na sygnał do ataku - Dziekuje Jasiu - powiedział z usmiechem Hrabia - Nie spouchalaj się nadto, pamiętaj, że jesteś tylko pionkiem w tej grze... - Pionkiem? Nie sądze - powiedział, po czym ruszył ostro w stronę świateł placu sejmowego z którego dochodziły wszaski i odgłosy picia. Oddział rycerzy w czerwonych płaszczach ruszył za nim *** - Yossarian? - staruszka podrapała się po głowie - nie wiem, jak się nazywał, ale pamiętam go dobrze. Miał długie rude wąsy i poganiał konie u Skurliców, w końcu to ich pierworodny... *** - Tak, był taki jeden - mówił pokrzywiony staruch opierając sie o ogrodzenie swojej walącej się hawiry - taki był jakiś ostatnio nie swój. Nie jadł, leżał ino...nawet przestał szczekać na sąsiadów... *** - Jak mówicie Panie? Grabia Oralne? - dopytywała się przygarbiona staruszka nachylając się w stronę Gwidona - Hrabia Yossarian, zresztą... - Tu zwrócił się do reszty - to nie ma sensu, przecierz ci wieśniacy nie wiedzą o co chodzi... - Chyba masz racje Gwido - zgodził się Jaskier - jeżeli żyje, to napewno sam się znajdzie, a jeśli nie, to my go znajdziemy, jak będzie więcej czasu. Teraz powinniśmy się zając ratowaniem państwa. - Racja - wpadła mu w słowo Agryppa - jedźmy do Kamiona, może tam się przydamy, w końcu pojutrze elekcja... - A! Już rozumiem - wydarła się staruszka, kiedy tamci dosiedli już koni - Grabie Analne...ano miałam, ale Juzek połamał, bo mowił, że to "niezgodne z nauką kościoła", czy jakoś tak... *** - Oto nadszedł czas, aby naród Rzeczpospolitej, świadomi swych praw i obowiąków Panowie Szlachta dokonali wyboru przyszłego monarchy naszego kraju. Głosują wszyscy i każdy głos jest równy. Uchański ubrany w zdobną sutanne wymachiwał swoimi skrępowanymi przez złote pierscienie paluchami, a szlachta słuchała w skupieniu. Nikt nie pił, co było dośc dziwne, ale najwidoczniej kwiat społeczeństwa zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. - Zanim przejdziemy do głosowania jestem zobowiązany zapytać, czy coś jeszcze należyw wyjasnić, czy ktoś ma jakieś pytanie, chce zabrać głos, przemówić? Panowała cisza, a posłowie oczekiwali w skupieniu na finał ceremoni - W takim razie - podjął Interrex - nie pozostaje mi nic innego... W tym momencie tyrada prymasa została przerwana przez grupę rycerzy, którzy z impetem wjechali na środek placu. Na przód wystapił czlowiek w lśniacej zbroi i zawołał z mocą - Ja się nie zgadzam! Ja mam pytania! Ja mam wątpliwości! Jestem posłem Jana Firleje herbu Lamparta. Żądam posłuchu! "Znalazł się cholera kretyn..." - Pomyslał Interrex - oczywiście, prosze tutaj. Odpowiem na wasze pytania. No właśnie, z kim konkretnie mam przyjemność? Yossarian zsiadł z konia wolno i spokojnie. Poprawił płaszcz, wszedł na podwyższenie i stanał na przeciwko Uchańskiego - Kto jestem pytasz? - powiedział spokojnie i zdjał hełm - Ja jestem Hrabia Yossarian de la Crua. Posłaniec Jana Firleja, Marszałaka Wielkiego Koronnego. Syna zamordowanej matki, ojciec zamordowanego syna, mąż zamordowanej żony i żona zamordowanego męża. Zdradzony. Niszczony. Zabijany. Gwałcony, okłamywany, więziony. Kaganek oświaty i kobyłka u płotu. Syn jutrzenki i dziecię miłosierdzia...eee...no myślę, że już kojarzysz... - Ty...ty..ty - Interrex nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Łzy napłynęły mu do oczy, a slina wypłyneła z ogorzałej paszczy i zaczęła kapać na sutanne. - Pozabijam cię!!! - wymamrotał w końcu. - Hola, hola wrzasnął z usmiechem na twarzy hrabia. Mam immunitet. Nie możesz mnie tknać... Panowie szlachta mi świadkami - Dobrze - odrzekł Interrex próbując zapanować na gniewem - zapraszam do mojego namiotu. Tam wysłucham postulatów Firleja. A wy - tu zwrócił się do zebranych - musicie jeszcze poczekać. Jutro o tej samej porze odbędzie sie głosowanie. Uchański rzucił jeszcze szybkie spojrzenie przyczajonemu pod lipą Kloakrowi i skinął na Yossariana by ruszył za nim. Ten skinął na swoich żołnierzy, którzy ruszyli za nim. Żołnierze, jako że nie mieli już na kogo skinać, posłusznie szli i milczeli. Z ust prymasa kapała gęsta żółta ślina. Hrabia usmiechnął sie w duszy i poprawił miecz przy pasie.
piątek, 21 września 2007
Samuraj i bard w ciszy przemierzali dzikie ostępy puszczy. Śmierć Yossariana tak ich zdołowała, że nie byli w stanie nawet się ze sobą kłócić. Szli tylko obok siebie z ponurymi minami i bronią w pogotowiu. Był to trzeci dzień ich wędrówki i puszcza robiła się coraz bardziej ciemna, zarośnięta i nieprzyjemna. Szczególnie nieprzyjemne były noce, kiedy do życia budziło się całe robactwo, które bezczelnie właziło im do posłania, oraz gdy swe łowy zaczynały te wszystkie straszne stworzenia o świecących na żółto oczach. Wieczorem rozbili obóz na skraju polany z dziwnym palem sterczącym pośrodku, która wyglądała, jak śmietnisko, gdyż na ziemi leżało mnóstwo przedziwnych przedmiotów, w tym kilka egzemplarzy białych szat. Gdy złoty blask ognia oświetlił twarz barda, sięgnął do swojej torby i wydobył sporych rozmiarów bukłak. - To najlepszy miód pitny, jaki udało mi się zdobyć – powiedział, gdy ujrzał pytające spojrzenie Kisimisi – Rocznik 1517. Pomyślałem sobie, że skoro mamy tak podłe nastroje i w dodatku jesteśmy w tak nieprzyjemnym miejscu, to może... – i wyciągnął bukłak w stronę samuraja. Tamten odebrał go od barda i pociągnął bardzo długi łyk. Ogień strzelał coraz wyżej. *** - Nudzi mi się – bąknęła Agrypina strugając patyk scyzorykiem, który dostała od Ancymona. - Co to będzie? – zainteresował się Haakon. - Myślałam o maleńkiej katanie dla naszego przyjaciela – powiedziała dziewczyna patrząc w zamyśleniu na pobliskie drzewo – Ale jak się teraz nad tym zastanawiam, to nie mam pojęcia, skąd mi to przyszło do głowy... - A potem moglibyśmy kupić sobie konie. To znaczy ogiera i klacz, żeby założyć później stadninę. I jeśli chciałabyś... – Cecyl na próżno usiłował zainteresować Elegię rozmową na temat ich przyszłego wspólnego życia. Szlachcianka, wcale go nie słuchając, wpatrywała się rozmarzonym wzrokiem w plecy Haakona. Gwidon chrapał pod wielkim krzakiem leszczyny, od czasu do czasu wołając cicho przez sen jakiś dziwny wyraz, który brzmiał jak „utylizator”. A obok niego Zdzichu zawzięcie drapał się po nosie. - Chodźmy stąd – powiedział w końcu wstając i przyglądając się im krytycznie. Wszyscy powoli zgramolili się ze swoich miejsc. - Czyli że jednak zgadzasz się wyprowadzić nas z puszczy? – mruknęła Agryppa – Bez żadnych głupich warunków obejmujących kupienie ci zamku lub ofiarowanie jego równowartości w złocie? Kapłan westchnął. - Tak, zgadzam się wyprowadzić was z Puszczy, ale warunek mam, o tak – dorzucił widząc minę Agrypiny – Wyprowadzę was stąd pod warunkiem, że już nigdy tu nie wrócicie. - Ha! – krzyknął Cecyl – A nie boisz się, że jak wyjdziemy, to opowiemy o wszystkim, co tutaj widzieliśmy? Zdzichu podrapał się po głowie. - Faktycznie, o tym nie pomyślałem. W takim razie obawiam się, że będę musiał was zabić... Wszyscy spojrzeli z wściekłością na Cecyla, który miał dość ogłupiała minę. - No dobra, żartowałem. Przecież i tak nikt wam nie uwierzy. Chodźcie, to jeszcze przed zmrokiem dojdziemy na Świętą Polanę. *** - Jeszcze jedne, jeszcze raaaaz! – zaśpiewał przeciągle Jaskier szczerząc się do samuraja, który właśnie próbował włożyć spodnie przez głowę – Szoguuuunie, czy ci nie żaaaal.... Bukłak z miodem był już prawie pusty. Ogień trzaskał sobie w najlepsze, a kompanom znacznie rozwiązały się języki. - Bo widzisz – powiedział rzeczowym tonem Kisimisi – Z tego Yossariana to był dobry chłop. Bezczelny i oportunista, ale dobry. - Taaaak – dorzucił bard – I był takim dobrym kompanem – łza zakręciła mu się w oku – Ze świecą teraz takiego szukać. Prawdziwych kompanów już nie maaaaa....! – zaintonował. - Czemu tak klekoczesz? – zapytał samuraj uśmiechając się szeroko. - Ja? – bard rozdziawił usta nieco zbity z tropu. - No, klekoczesz. Jak grzechotka, alko klekotka... – samuraj przerwał, gdyż jego uwagę przykuł nagle jeden z jego paznokci, któremu zaczął się natarczywie przyglądać. - Nie klekoczę – mruknął bard – Sam klekoczesz. Ale ty się nie przyznasz, o nie, bo ty się wstydzisz! Wielki samuraj klekocze! Co by ludzie powiedzieli! Na pewno by się śmia... – bardowi nie dane było skończyć, gdyż coś złapało go w pół i uniosło wysoko w górę. W pierwszej chwili w niemym zdziwieniu przyglądał się, jak ziemia, ognisko i siedzący przy nim samuraj oddalają się od niego. Potem coś do niego dotarło. - Ratuj, Zenek, bo mordują! – wrzasnął i zaczął się szamotać. Samuraj stał z rozdziawioną gębą. Przed nim, wysoki na jakieś pięć metrów, stał Arcychrabąszcz. Kisimisi wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Jako wojownik sporo czytał o tych wielkich bestiach. Ich pancerz był twardy, jak kamień, a jedyne czułe miejsce znajdowało się... Samuraj pozwolił myślom odpłynąć, rozluźnił się, zacisnął dłonie na katanie i zaatakował. Na pierwszy ogień poszły szczypce ściskające Jaskra. Potem sprawy potoczyły się już szybko. Kisimisi śmigał wokół ogromnego, szamoczącego się owada, co chwilę tnąc go i kąsając swoim mieczem. Bard obserwował wszystko z otwartymi ustami, a w jego głowie układały się już słowa nowej pieśni. Gdy ostra jak brzytwa klinga przeszyła brązowe podbrzusze chrabąszcza, stanął on na tylnych odnóżach, zaklekotał rozpaczliwie i z łoskotem runął na ziemię. - No - skwitował sprawę samuraj – Pozamiatane. *** - To już prawie tutaj – powiedział Zdzichu ocierając pot z czoła. Znajdowali się już w samym sercu puszczy, całkiem niedaleko Świętej Polany. - Co tak potwornie śmierdzi? – zapytała Elegia marszcząc nosek. - Nie wiem – mruknęła Agryppa – Ale to odrażające. Gorzej śmierdzą chyba tylko stopy wujka Hegezypa... Drużyna nie musiała jednak czekać długo, aby zaspokoić swoją ciekawość, bowiem w tym momencie wkroczyli na Polanę. Pośrodku, złocąc się w promieniach zachodzącego słońca, leżał martwy Arcychrabąszcz brocząc dookoła cuchnącą, zieloną posoką. - Na Swarożyca Błogosławionego! I na wszystkich bogów! Na Zeusa i Atenę! Na Ozyrysa i Apisa! – wykrzyknął kapłan Zdzichu łapiąc się za głowę – Morderstwo! Morderstwo w biały dzień! - Ej no – powiedział głos dobiegający zza ogromnych chrabąszczych zwłok – To on chciał nas zamordować, nie my jego. Walczyliśmy w obronie własnej. A poza tym jest wieczór. Zza odwłoka wyłonił się bard szczerząc zęby. Za nim szedł samuraj polerując katanę ścierką. - Jaskier! Kisimisi! – krzyknęła Elegia i rzuciła się samurajowi na szyję. - Co tu robicie? – zapytała Agrypina. - A, nudziło nam się, to postanowiliśmy was odnaleźć – powiedział uśmiechnięty samuraj. - Joł ziomy, poziomy! – ryknął Gwidon i klepnął barda po plecach – Nieźle nam się bez was tegowało, ale bankowo lepiej w komplecie. spotkaliście już naszych nowych znajomych? – zapytał szczerząc zęby - Ten tam, co się tarza w tym cuchnącym gównie i ryczy, to Zdzichu, kapłan Twaroga... - Swarożyca, świętokradco – krzyknął Zdzichu i cisnął w maga garścią zielonej galarety. - No dobra, dobra, Smanożyca, niech mu będzie. A ten tam – wskazał na Haakona i spojrzał znacząco na Jaskra – To bard. - Bard? – burknął Jaskier i na wszelki wypadek dotknął swojej lutni – Drużyna się powiększa... - A jeśli już o tym mowa – zagadnęła Agrypina rozglądając się na boki – To gdzie jest Yossarian? Samuraj i bard zmarkotnieli. - No właśnie – powiedział ponuro Kisimisi – I to jest prawdziwy cel naszej wyprawy do puszczy.
- Pan się nazywa...? - Yossarian...Hrabia Jan Firlej siedział rozparty na wygodnym fotelu w saloniku mniszek i ospale popijał czerwone wino jeżynowe wytwarzane w tym przybytku od czasów Maslawa - Dobrze... Otóż panie Yossarianie. Sprawa wygląda następująco. Jak zapewne się pan orientuje nieopodal na polach Kamionu trwa właśnie w najlepsze sejm, na którym szlachta ma dokonać wyboru nowego monarchy. Zasadniczo rzecz ujmując - Yossarian słuchał uważnie, bo Jan Firlej robił wrażenie człowieka inteligentnego, a z takimi hrabia rzadko przebywał - nie jestem zadowolony z kierunku jaki obrały obrady. "Ciekawe co mu nie pasuje w tym pieprzonym Heńku" pomyślał Yossarian - Pewnie zastanawiasz się dlaczego nie cieszy mnie perspektywa królowania Francuza... Choć mam świadomość, że nie widać tego po mnie na pierwszy rzut oka, jestem zwolennikiem nauki Lutra (uśmiech zagościł na twarzy Firleja, gdy zerknął na koszulkę Hrabiego) i przyznam, ze nie wsmak mi kandydatura człowieka, którego rodzony brat, Karol de Valois, nie dalej jak dwa lata temu zezwolił na straszliwa rzeź protestantów na ulicach Paryża. Nie wyobrażam sobie, żeby bliski krewny takiej kanalii mógł rządzić Rzeczpospolita. Toteż pragnę użyć wszelkich możliwych środków, by nie dopuścić do jego intronizacji. Tutaj pojawia się problem. Potrzebuje dyplomaty, który poprowadzi rozmowy z Uchańskim i jego zausznikami. Chcę, żeby Pan był moim wysłannikiem - Zali po cholerę? - zapytał spokojnie Yossarian - w sensie, czemu niby ja? - Bo Uchański Pana zna i... szczerze nienawidzi. Musi Pan wiedzieć że opowieści o wyczynach Pana i Pańskich koleżków znane są o wiele dalej niż może ci się wydawać. Krążą dziesiątki wersji historii o tym, jak graliście na nosie księżnej Annie, jak udało wam się wedrzeć do strzeżonego Wawelu, jak wykiwaliście i zgubiliście pościg. Słyszałem nawet głosy, które przypisują wam głośną kradzież złota pod Krakowem kilka miesięcy temu, ale w to akurat nie wierze... "Frajer" pomyślał Hrabia Proszę mi wierzyć, w tym kraju jest bardzo wiele osób, które po cichu kibicują wam. Które nie wierzą w szczere intencje Interrexa, w chorobę Zygmunta, jego spokojna śmierć... - zawiesił glos - Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy ile razy po cichu ktoś wam pomagał, śledził, wspierał. - Kto? - Zapytał skołowany nieco Hrabia - Kto jest nam przychylny? Przecież jak na razie wszyscy, absolutnie wszyscy starają się nas zabić. Ciągle ktoś nas ściga, łapie, więzi...ciągle... - Ciągle żyjecie! - przerwał mu podniesionym głosem Hetman – Mylisz, że to wasza zasługa? Szczęście? Ze to Bóg wam sprzyja? Są ludzie którzy chcą żeby wam się udało, którzy nie chcą na tronie monarchów szkodliwych dla kraju. Teraz posłuchaj mnie. Udasz się ma sejm jako mój oficjalny wysłannik. Będziesz miał ochronę, glejt, list żelazny, immunitet. Będziesz posłem. Będziesz nietykalny. Chce żebyś rozmawiał twardo. Z siłą, mocą. Masz nie zgodzić się na Żabojada. On nie może rządzić. Najlepszym kandydatem jest Waza. Na Batorego nie ma co liczyć, jest za słaby i za daleko. Nie chcemy ruska i Niemca, a cała reszta to płocie. Musisz stawiać na Szweda. Jeśli nie będą się chcieli zgodzić, jeżeli naprawdę nie będą się chcieli zgodzić, to możesz użyć groźby użycia siły. To ma być ostateczny argument! Ostateczny, rozumiesz? - eee... zająknął się hrabia - Nie przypominam sobie żebyśmy przeszli na ty... Powiedział Yossarian
poniedziałek, 03 września 2007
Gdy przebrzmiał ostatni ton pieśni Haakona, wszyscy gapili się na niego, jak na jakieś bóstwo.
I dokładnie wszyscy (z wyjątkiem Zdzicha) myśleli teraz tylko o jednym: Dobrze, że Jaskier tego nie słyszał. Rzeczywiście, można się było nabawić sporych kompleksów; większość ptaków w Gaju Analnym także ucichła i w pośpiechu robiła notatki. - Ach, to było takie piękne – wyszeptała w końcu Elegia, mrugając oczkami. - Dziękuję, piękna pani – powiedział Haakon kłaniając się nisko – Ale w sumie nie spodziewałem się innej opinii. Jestem w końcu najlepszy – wyszczerzył się szelmowsko i poprawił fryzurę. - A czy mogłabym dostać może twój autograf? – dopytywała się nieśmiało szlachcianka. - Ależ oczywiście – Haakon sięgnął za pazuchę i wyjął plik małych karteczek – To moje podpisane portreciki, wybierz sobie jeden. Elegia wybrała, a inni nie mogli się oprzeć wizji owego portreciku otoczonego świeczkami, kwiatami i najwyższą czcią. To ich w sumie bardzo rozbawiło. - To teraz trzeba zdecydować, co robimy – powiedziała Agryppa siadając na małym pieńku – Pozostajemy w tym uroczym, aczkolwiek źle się kojarzącym miejscu, czy wracamy do Kamienia, do naszych trzech matołków? - Ja bym wrócił, choć to pewnie wiąże się z ponownym zetknięciem z tym zasranym żukiem – mruknął czarodziej. - Arcychrabąszczem! – oburzył się Zdzichu. - Arcy-srarcy – odburknął Gwidon. - No...bo w sumie po co mamy jechać na Litwę, skoro Bat... – zająknął się Cecyl, kiedy dostał od Agrypiny łokciem w brzuch. - Skoro Batman ma swój fanklub w stolicy? – wyszczerzył się Gwidon zerkając ukradkiem na Haakona. - Kto to jest Batman? – zapytali wszyscy chórem. *** - No i co? – warknął Kisimisi rozglądając się po trakcie. Z krzaków obok wyłonił się Jaskier. - Nigdzie go nie ma – mruknął ponuro. - Pytaliśmy się o niego we wszystkich oberżach i wiochach – powiedział samuraj – I nigdzie nikt go nie widział. - Myślisz, że nie żyje...? – zapytał cicho bard. - Jeśli ta ogromna plama krwi na drodze należy do niego, to wydaje mi się, że tak. Nie żyje. Wtem od pola nadeszła młoda chłopka z krową. Chłopka szła kołysząc się na boki, podobnie zresztą jak krowa, z tą różnicą, że krowa miała cztery nogi. Jakieś pięć metrów od samuraja dziewczyna zatrzymała się i wlepiła w niego oczy. Krowa zrobiła to samo i Kisimisi zaczął się poważnie zastanawiać, czy nie mają zsynchronizowanych mózgów. Jaskier, widząc konsternację w oczach dziewczyny i krowy, wystąpił na przód i, kłaniając się nisko, powiedział: - Zali krasny dzionek dziś momy, słońce świci, ptoki godojom... - Dyć ja umiem po polsku mówić – zaperzyła się dziewucha biorąc się pod boki (krowa nie wzięła się pod boki, ale wyglądała, jakby właśnie to robiła) – Kim jesteście i czego chcecie? - Przybywamy z daleka – pieprzył dalej Jaskier – I chcielibyśmy zasięgnąć pewnej informacji. Mianowicie, szukamy pewnego człowieka. Jest o taki wysoki – Jaskier pokazał jaki – Ciemne włosy, ciemne oczy, skórzana kurtka, płaszcz, pistolety... Dziewczyna zastanawiała się dłuższą chwilę przygryzając wargę i drapiąc się po karku. - A, to ten trup, którego wczora Jontkowie na drodze znaleźli! – wykrzyknęła w przypływie olśnienia i dodała po chwili nieco pazernie – Miał też takie piękne buty, co to je teraz najstarszy syn ich nosi, a i koronki się jakieś ponoć znalazły, chusteczki, czy jakie, ale oni się nie podzielili, nie, bo po co, sknery, szrlatani, belzebubi! Krowa mruknęła z niezadowoleniem i zabrudziła drogę. - Czy jesteś pewna, że on był martwy? – dopytywał się Jaskier. - Jestem, jak tu stoję i jakem Jagna Tentegowna – dziewczyna wypięła dumnie pierś – W końcu gdyby nie był martwy, to po co by go na cmentarz do sióstr nieśli? - Sióstr? Jakich sióstr? – zapytał bard. - A, tego, nie pamiętam, tyle tu tego... – mruknęła dziewczyna – Musicie popytać w klasztorach, jak tak bardzo chcecie go szukać. Ja musze już iść, bo mnie papa spierze kijem. I odeszła. Samuraj mógłby przysiąc, że wzór na jej spódnicy, który kołysał się rytmicznie wraz z ogonem krowy, także był ogonem. - Jaskier, niedobrze – mruknął cicho – Trzeba odszukać resztę, żeby im powiedzieć, co się stało. Potem razem poszukamy jego grobu.
sobota, 01 września 2007
- Panicz raczył się obudzić! - zapiszczała malowniczo rozdziawiając papsko mniszka o twarzy przeterminowanej kabaczki Yossarian nie do końca wiedział czego ta kobieta od niego chce. Codziennie przynosiła mu jakieś dziwne rzeczy do jedzenie, co działało na jej plus, ale jednocześnie codziennie zmuszała go do mycia się, co było skrajnym chamstwem i zakrawało o prostactwo. Hrabia był przytomny już od czterech dni. 26 kwietnia trafił do tego maleńkiego opactwa leżał bez ducha aż do 1 maja. Zbudził się skoro świt i miał ogromna ochotę zrobić coś pożytecznego. "Praca, praca, praca!" powtarzał, ale siostra Prykałka zabraniała mu ruszać się z łóżka. "Co za pazerny babiszon..." pomyślał wtedy Yossarian i spal dalej. Siostra Prykałka pozwoliła mu wyjść z lóżka dopiero 5 maja. - Już czas, żebyś opuścił swoje łoże... - mówiła wymachując we wszystkie strony swoimi kudłatymi uszami - na dole w głównym holu czeka na ciebie pewien człowiek i twierdzi ze koniecznie chce z tobą rozmawiać. Powiedział, że jeżeli cię nie wypuszczę to rozpierdzieli te chałupę. Przyprowadził ze sobą dwustu jurnych chłopców pod bronią i jakieś dziwne rury....ja tam nie wiem, mam cię tylko wyprowadzić Yossarian wyjrzał ostrożnie przez okno przy jego łożu i szczerze oniemiał. Na małym placyku znajdującym się przed wejściem do budynków zakonnych stal zwarty oddział drabów w liczbie bliskiej dwustu, zaś za nimi, w równym rzędzie stało osiemnaście potężnych armat wycelowanych prosto w jego okno. - Afera... - szepnął - siostro... gdzie są moje rzeczy? - Jakie rzeczy? - zapytała - jak cię tu chłopy przyniosły, to żeś był golusieńki jak cię Pan Bóg stworzył... - A przepraszam skąd są ci szlachetni panowie którzy raczyli obrabować mnie z całego kurna dobytku? Gdzie mieszkają? - A żebym to ja wiedziała.... z zachodu przyleźli. Z zza rzeki... "Dorwę ich w swoim czasie" myślał hrabia ubierając zwiewne szaty przewieszone przez krzesło stojące przy jego łóżku. "Wypatroszę im te ich prowincjonalne ryje" mruczał wsuwając szare pończochy podrzucone mu przez mniszkę. "Oczywiście przy odważnym założeniu, że przeżyję spotkanie z osiemnastoma armatami..." wydukał jeszcze raz wyglądając przez okno. Hrabia zszedł spokojnie na dół lustrując uważnie mijane komnaty. "Nie mam szans się tu przed nimi bronić... Góra tydzień...no...może miesiąc. W sumie to i tak dość dużo, jako ze nie mam żadnej broni" i zaśmiał się ze swojego żartu Oddział prezentował się dość okazale. Opancerzeni piechurzy stali w pierwszym szeregu. Dalej dwa szeregi pikinierów. Za nimi kusznicy, łucznicy, oszczepnicy i procarze. Dalej lekka jazda, za nimi niezła jazda, a jeszcze dalej ostra jazda i jazda bez trzymanki. Za nimi samobieżne działka artyleryjskie i obrońcy Helu. Dalej saraceni z zakrzywionymi szablami, prostymi wąsami i bez zębów. Dalej rząd czołgów t-35 i lampartów. Potem pigmejscy szamani na słoniach bojowych i kenijscy tarczownicy z dzidami. Za nimi niedopancerzone humvee, żeby w razie czego Murzyn na bombę wlazł a nie one. Dalej komando celników z psami i helikopter w ogniu. Pluton skrzypaczek z tokajskiej szkoły marynarki wodnej. Dalej kolorowe, kauczukowe piłeczki nasączone kwasem siarkowym. Potem milion Chińczyków budujących Mur Berliński. Za nimi siedemset dwanaście nagich tancerek go-go z Johanesburga. Potem księżna Diana. Oddział zamykała motorówka Hulka Hogana i dobry transformer który nadawał na zmianę Radio Anioł Beskidów i Al-Jazire. Razem 200 chłopa. No i oczywiście armaty. A z boku dumnie wypięty, na swoim pięknym rumaku ("no i konia mi pewnie zeżarły kutasy" - pomyślał Hrabia patrząc na dowódcę) siedział dzierżąc w prawicy laskę, zaś na piersi herb z lampartem, Marszałek Wielki Koronny - Jam jest Jan Firlej...jest sprawa *** - To nie jest krowa tylko kun ty capie - odparowała błyskotliwie babaKiedy dwie godziny później Yossarian płynął ukradzioną w szuwarach łódką na drugi brzeg Wisły uśmiech nie schodził z jego twarzy. Na razie jednak starał skupić się na pierwszym swoim celu. Należy odzyskać ekwipunek. Kij z bronią. Tam było złoto i, o zgrozo, Pacta Conventa!!! Zgodnie z informacjami po zachodniej stronie rzeki znajdowała się mała wioska. Hrabia bez specjalnych ceregieli szedł przez środek osady dysząc ciężko i wymachując pożyczonym od Saracena krzywym ostrzem rozglądał się do dokoła. W końcu znalazł czego szukał. Na jednym z łanów przylegających do gnijącej chałupy stal piękny czarny koń zaprzężony do pługa. Wydal się hrabiemu dziwnie znajomy... Gdy zbliżył się nieco i trwając w przyczajeniu za węgłem obserwował rozwój wydarzeń był świadkiem takiej oto sceny: Stara baba stała przed koniem i darła się na niego - Koniu, kurna, tego, ino....yy ruszaj dupę... łoraj, łoraj, no już, hetta! Koń ignorował ją w bardzo wyrafinowany sposób srając jej na nogę - Kurna, kurna, tego, dupa - pomstowała hałaśliwie baba wymachując zgrubiałymi kończynami - łoraj ty pieronie jeden, bo ci zaraz nakopie do dupy! W tym momencie z chałupy wyszedł śmierdzący i zarośnięty chłop z zaczesem tylnym popularnym wówczas wśród mazowieckiego plebsu. - Czego się kurna wydzierasz stara krowo! - darł się "Oswobodziciel" pomyślał Yossarian - Ja o tobie mowie ty babo pazerna! "Ratownik" pomyślał Hrabia - Oj zamknij się świniopasie, mam już cię dość...odchodzę - Oj nie odchodź! - Zawył chłop - idź że poczywaj a ja pobrusze... - Ta tera się miłosierny zrobił kutas... mojej matce tez tak chłop godol i jej matce tez i babce i tako to leciało do 1270...w dupie to mam! Odchodzę! - Się te baby zrobiły wyzwolone... - mruczał pod nosem cham - za mego dziada tego nie było...A ty kuniu pieprzony...przez ciebie zek babe stracił...zaraz cię moresu naucze Podszedł do studni. Podniósł oparty o nią bat. Już się zamachnął. Już chciał uderzyć. Nie zdążył. Z scimitarem między łopatkami uparł na ziemie brocząc krwią. - Mój Świerzbik - rozczulił się Hrabia gładząc konia po nosie - stęskniłem się...Chodź kochany poszukamy naszych pistolecików. Zabijemy tych co je zabrali. Potem znajdziemy nasze złoto, Pacta Conventa i worek od smoka. Zabierzemy miecz, czapkę z piórem, koszulkę z Lutrem. Zobaczysz, będzie fajnie. A jak wrócimy do Grochowa - tu uśmiechnął się do konia, który uśmiech odwzajemnił srając na truchło chłopa - to się dopiero zacznie zabawa...
czwartek, 30 sierpnia 2007
- Drodzy przyjaciele! Pogrążeni w smutku spotykamy się dziś, by wspólnie pożegnać Yossariana von Michnikę de la Crua, którego śmierć jest dla nas wszystkich ogromnym ciosem... Ksiądz przerwał na chwilę i uniósł oczy w górę, gdzie ciężki strop ołowianych chmur przewalał się po niebie niczym gromady szarych gigantów. Stary cmentarz był bardzo zaniedbany. Większość grobów gęsto porośnięta zielskiem dała się zidentyfikować tylko po sterczących z nich resztkach drewnianych krzyży. Było tam też kilka świeżych kopców, a także jeden pusty dół. Przy otwartym grobie stało kilka osób. Dwie kobiety ubrane w długie, czarne suknie i czterech mężczyzn w czarnych pelerynach. Ksiądz kontynuował ceremonię. - Jest nam niezwykle ciężko rozstać się z człowiekiem, którego życie i działalność tak wiele wniosły w naszą codzienność. Jesteśmy tu przede wszystkim po to, by wspólnotą naszych serc i myśli zaświadczyć o tym, że pamięć o nim nigdy nie zostanie zatarta, że jego dzieło, a także wspaniała osobowość, będą żyły w nas na zawsze. Kochani, każdy z was pewnie w inny sposób zapamiętał naszego ukochanego przyjaciela... Wiatr mocniej targnął koronami drzew i odgarnął włosy z twarzy jednej z kobiet ukazując jej nieruchome spojrzenie utkwione gdzieś w oddali. Zaczęło padać. - ...Zapewne najciężej jest pogodzić się ze stratą kogoś, kto stanowił nierozerwalną część naszej codzienności, kto był obecny zawsze, o każdej porze dnia i nocy. Do jego obecności przyzwyczajamy się w szczególny sposób – staje się ona dla nas powszednia, jej nagły brak wywołuje w nas poczucie fizycznej wręcz straty – odczuwamy pustkę, którą trudno jest czymkolwiek zapełnić... W tym momencie niebo przeszyła błyskawica. Ksiądz przerwał czytanie i skinął na dwóch grabarzy, którzy na linach spuścili trumnę do grobu i zabrali się do jego zakopywania. Ciężka, mokra ziemia przywaliła drewniane wieko, pod którym spoczywało ciało Yossariana. Ksiądz szybko dokończył modłów i wszyscy zebrani odeszli w kierunku małego kościółka. Yossarian patrzył za nimi przerażony. Tak nie można, pomyślał i zaczął biec w ich kierunku. Oni jednak rozmazywali się coraz bardziej w strugach deszczu, aż w końcu stli się niewyraźnymi cieniami, majaczącymi gdzieś w oddali. - Gwidon, Agrypina! – krzyczał hrabia potykając się w błocie - Czekajcie! Nie zostawiajcie mnie tak! Ja przecież nie umarłem! Ja żyję! Nie umarłem!... - Nie umarłem! – krzyknął Yossarian siadając na łóżku. Wokół niego panowały całkowite ciemności, wyłączając wpadające przez maleńkie okienko światło księżyca. Gdzie ja jestem, pomyślał hrabia. Od pościgu minęły cztery dni, ale Yossarian nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł też wiedzieć, że znajduje się w klasztorze sióstr albertynek we wsi Grochów, gdzie przynieśli go dwaj chłopi wracający z pola. Przez ostatnie cztery noce był nieprzytomny i tylko czasami gadał coś do siebie przez sen. Z jego rozmów ze samym sobą, siostry wywnioskowały, że albo jest wariatem zbiegłym z zakładu, albo ściganym przestępcą, rozbójnikiem i piratem w jednym. Albo jednym i drugim... Ale przecież miłosierdzie każe zajmować się każdą zbłąkaną owieczką, także Yossarian otrzymał należytą opiekę i troskę, świeżą pościel, prawdziwy rosół i czyste ręczniki (łaaał...). - Oczywiście, że nie umarłeś, dziecinko – ktoś, kto siedział na brzegu jego łóżka zaczął głaskać go delikatnie po głowie – To był tylko zły sen, chłopcze – powiedział miękki, kobiecy głos. Yossarian poczuł się jak u mamy. To spowodowało skojarzenie z kabanosem, który dała mu na drogę. Już miał sięgnąć w panice po swoją torbę, gdy para silnych rąk przycisnęła go do łóżka, a miękki głos wyszeptał: - Śpij, maleńki, nie męcz się. Potrzebujesz dużo snu... Hrabia z niechęcią posłuchał i powtórnie zanurzył się w świat koszmarów. *** Samuraj i Bard siedzieli w lesie na małej polance. Podczas pościgu prawie wypluli płuca i musieli długo zbierać siły, żeby znowu stanąć na nogi. Koń samuraja omalże nie zdechł, natomiast konia barda spożyli przed niecałą godziną. - Musimy tam wrócić – postanowił cicho samuraj przeżuwając resztki zimnego mięsa. - Nie martw się tak o niego – mruknął bard spod gęstej brody - Na pewno zmylił pościg i teraz wygrzewa się na słońcu na jakiejś łące, albo chleje gdzieś w oberży w towarzystwie kilku cycatych panienek. Poczekajmy jeszcze, na pewno sobie o nas przypomni i przyjedzie tu za parę godzin. - Byłem pewny, że oberwał – nie ustępował Kisimisi. - Dajmy mu czas. Jeśli do rana się nie zjawi, wrócimy tam i poszukamy go. A teraz śpij – dodał i umościł się wygodnie na swoim płaszczu.
wtorek, 28 sierpnia 2007
Jaskier nie raz i nie dwa trwonił całe godziny na bezsensowne wpatrywanie się w kolek. Trwonił je także teraz, kiedy leżąc na miękkim łóżku gapił się na kolek, który dla wygody i komfortu gapienia się przymocował do sufitu. Wpatrywanie się w zastrugany osikowy kolek stanowiło dla barda czynność mistyczna, posiadająca niesamowite właściwości relaksacyjne. Trudno dojść, jakie uczucia targały znudzonym Jaskrem, kiedy wpatrywał się w kolek, ale naukowcy są zgodni, ze cala czynność miała związek z utajonymi fantazjami na temat penetracji odbytu rzeczonym korkiem.
- Afera - przerwał cisze Yossarian, co spowodowało zakłócenia na linii bard - kolek, a także zerwało łączność na linii Kisimisi - nic (bo samuraj jako jedyna osoba w historii wszechświata był w stanie bez szczególnego skupienia nie myśleć o niczym zupełnie i zanurzać się na długie chwile w absolutnej myślowej pustce, która wspaniale prezentowała się na tle jego szlachetnej duszy) - musimy stąd spieprzać i to zaraz. - Ale co się stało? - zapytał bard zrywając się z wyra. - Właśnie przyjechał zasrany Uchański z setka konnych. Ci żołdacy właśnie przeszukują całe pole namiotowe i wszystkie budynki. Mam poważne podejrzenia, ze to właśnie nas szukają, szczególnie, ze przybył z nimi ten cały Kloakr, major, czy jak my tam było... ogier? -Hrabia, idioto - odpowiedział bardzo poważnie Samuraj, co zrobiło piorunujące wrażenie na Yossarianie, wiec zamilkł. - Konie są okulbaczone i czekają na tyłach tej chaty. Odnalazłem trakt, który zaprowadzi nas na wschód. Musimy dołączyć do naszych ziomków... - ...Ale zanim to zrobimy - wpadł mu w słowo Hrabia, któremu udzieli się patetyczny nastrój samuraja - utrudnimy życie naszym prześladowca i zostawimy po sobie ślad.... - ...Który przyćmi - kontynuował Kisimisi - wszystkie inne ślady, jakie kiedykolwiek na ziemi, czy na niebie zostały pozostawione i wytrąci wrogom naszym z ręki oręż, którym się na nas haniebnie zamierza... - Srać mi się chce - przerwał tyradę Bard, kory nie miał ochoty na patetyzm, a i waleczność serca była mu obca. - Zbierajmy się stąd... Yossarian zbierał pospiesznie swoje zabawki. "Kapelon. Miecz. Luk. Pistolet. Kuźwa! Gdzie jest drugi pistolet? A! Mam go na nosie. Koszulka z Bono. Balsam do kąpieli, nieotarty. Worek od smoka. Wino od Francuzów. Kabanos od mamy na drogę (musze go w końcu wyrzucić...). Wycior do dupy...CO? " - Jaskier! twój wycior analny! - To nie jest wycior, idioto, tylko czyszczarka do lutni...gotowi? Nie byli gotowi... Przez drzwi wleciało dwóch. Dwóch kolejnych oknem, a z nimi czterech następnych. Jaskier prawie zdążył naładować kusze. Kisimisi prawie dobył katany. Yossarian nie tylko zdążył dobyć pistoletów, ale nawet wystrzelił. Z dwóch rur naraz... Od strzałów padło dwóch żołdaków butujacych właśnie Jaskra. Głowa jednego rozbryzgała się na ścianie, zaś jelita drugiego spłynęły radosna kaskada z dziury w jego brzuchu, naśladując pięknie wodogrzmoty Mickiewicza. Jaskier pełen pasji naładował w końcu kusze i wystrzelił prosto w gardło żołdaka w długim szarym płaszczu, który zamachiwał się właśnie wielkim buzdyganem na spróchniały czerep samuraja. Bełt zagłębił się w czeluściach żołnierskiej grdyki, przebijając krtań, dostając się do gardła i haratając szyjny odcinek kręgosłupa przygwoździł do framugi okiennej jego jabłko Adama. Samuraj nie czekając ani chwili dobył katany i z ogromna precyzja rozciął ciało szarżującego na niego kmiota z półtora ręcznym mieczem. Tnąc od góry, miedzy oczami, dalej zakręcając wzdłuż nosa w prawo, omijając lewe płuco, śledzionę i ślepą kiszkę, kończąc chirurgiczny pokaz na doskonałym rozczłonkowaniu członka. - Zbieramy się stąd - wydarł się hrabia wyskakując przez okno. Za nim podążyli samuraj i ładujący znowu kusze bard. Na tyłach domu drogę do koni zagrodziła im piątka kolejnych żołnierzy. Yossarian dobywając miecza sparował uderzenie jednego i zmuszony do ryzykownego uniku przez paradę i wybieg drugiego rzucił się na ziemie. Bard, korzystając z przestrzeni, strzelił w jednego z żołnierzy powalając go. Samuraj osłaniając Yossariana ciął na skos największego z przeciwników, przebijając się bez problemu przez kiepskiej jakości skórzany pancerz. Yossarian stanął znów na nogach i z rozmachem kopnął w kolano atakującego go człowieka. Ten strącił na chwile równowagę i nie odzyskał jej już nigdy pozbawiony głowy przez Kisimisi. Dwaj ocalali jeszcze żołnierze rzucili się do ucieczki. Yossarian dopadł konia i wskoczył na niego. Bard i Samuraj dosiedli swoich wierzchowców i wszyscy podążając na wschód galopowali wyciskając z koni ostatnie poty. Po chwili już słyszeli za sobą odgłosy pościgu. Świst bełtów koło uszu. Rżenie koni. Rytmiczne uderzanie podków o kamienie. Pozbawione rytmu, łomoczące serca zwierząt, wyczuwalne przez jeźdźców. Przyspieszający straszliwie rytm własnego serca. - Kuźwa - wrzasnął Yossarian - dostałem... - bełt sterczał z jego pleców na wysokości mostka. - Trzymaj się! - Krzyczał Samuraj, a Bard starał się zapanować nad koniem Hrabiego łapiąc za strzemiona. Hrabia Yossarian nie był w stanie trzymać się. Nie był w stanie zrobić wielu innych rzeczy, miedzy innymi oddychać. Poczuł w ustach krew. Osunął się z konia. Stracił świadomość zanim spadł na ziemię.
środa, 22 sierpnia 2007
Wstawał dzień, o tak. Słońce przeświecało przez korony wysokich drzew w Wielkiej Puszczy, czyniąc poranek przepięknym, iluminacyjnym widowiskiem; skowronki śpiewały, budziły się żubry, a ogromny arcychrabąszcz układał się do snu. Analny Gaj również budził się do życia.
I tylko głośnie chrapanie Zdzicha zagłuszało co jakiś czas poranne odgłosy lasu. Drużyna spała w najlepsze. Zaraz po dotarciu do Gaju padli na ziemię tak, jak stali i teraz prezentowali sobą iście komiczny widok. Gwidon spał z nogą w nosie Cecyla, który ssał swój duży palec u stopy. Agrypina leżała zwinięta w kłębek na podołku Zdzicha i z każdym jego oddechem unosiła się na jego dużym brzuchu. Sam kapłan natomiast głowę przykrytą miał połami sukni Elegii, której długi warkocz owijał się szczelnie wokół szyi czarodzieja. Uczulenie Gwidona na jakiekolwiek objawy sierści, powodowały nieustanne kichanie, a za każdym kichnięciem, Cecyl dostawał stopą po nosie i jeszcze mocniej przygryzał swój palec. Za sześć tysięcy czterysta trzydziestym drugim razem, Cecyl skoczył na równe nogi z wielkim wrzaskiem, co spowodowało zaburzenie harmonii śpiącej kupy i obudzenie się jej poszczególnych, integralnych części. - AAAAAA! – darł się Cecyl – Coś mnie użarło w palec! - Sam się użarłeś, pedale niewyżyty! – wrzasnął Zdzichu zrzucając z siebie Agrypinę, która prychnęła na niego gniewnie. Nagle kapłan stracił orientację – Gdzie ja jestem? – zapytał trochę głupio, po czym momentalnie zamilkł i zerwał się z ziemi. - Ch...ch...cholera..! – mruknęła Elegia i usiadła podduszając Gwidona, który kichnął tak mocno, że zrobił jej z włosów coś na kształt afro – Osmarkałeś mnie, ty barbarzyński szarlatanie! – wydarła się dziewczyna. Zdzichu spojrzał pytająco na maga. - Ten język to naleciałość z poprzedniego trybu życia – wyjaśnił tamten. - Co się stało? Ktoś zaatakował Elegię?! – krzyknął Cecyl, po czym dobył miecza tak nieudolnie, że zrobił sobie dziurę w spodniach. - Wszyscy jesteście równo posrani – skomentowała sytuację Agrypina stając w pewnej odległości od całego towarzystwa i piłując sobie paznokcie. - Dobra – powiedział Gwidon, smarkając przez palce – Chodźmy coś zjeść. *** - Obmyśliłem nową strategię zmylenia wroga – chwalił się Elegii Cecyl ogryzając udziec z dzika – Każdemu nieznajomemu będę się inaczej przedstawiał. To dobra taktyka. Moje pierwsze imię to Kselos la Delos. I macie wszyscy się tak do mnie zwracać – podniósł głos, żeby wszyscy go usłyszeli – Co o tym myślisz? - Myślę, że brak ci piątej klepki – odparła Elegia i wstała by nazbierać trochę kwiatów. - Leci na mnie – mruknął Cecyl do Zdzicha . Kapłan tylko popatrzył na niego z politowaniem i powrócił palenia fajki. - Co to za zioło, stary? – spytał go szczerząc się Gwidon. - Nie powiem, bo i tak byś nie uwierzył – mlasnął kapłan – Niech ci wystarczy, że to nasze ekstra arcyzioło hodowane specjalnie dla kapłanów Zdzichów. - Dasz spróbować? - Nie dam. Już mi się kończy. - Trzymasz tą faję, jak dziewica – mruknął obrażony mag i wyjął własnego skręta. - Ok. musimy postanowić, co robimy po śniadaniu – rzuciła Agrypina – Dobrze znasz te strony? – zwróciła się do Zdzicha. - Całkiem nieźle, przyznaję. Jak chcecie, to was zabiorę na Pętlę Kampinoską. - Nie chcemy iść na żadną pętlę, ani nawet na spacer – burknęła dziewczyna – Chcemy się dostać na Litwę. - Do twierdzy Kudłak, tak? - Skąd on to wie? – spytała wkurzona Elegia – Kto ci to powiedział? - Duchy – odparł Zdzichu i zaciągnął się – Mam łączność z duchami. Duchy też powiedziały mi, że na Litwie nie ma tego, czego szukacie. - Pierdoły – mruknął Gwidon. - Nie wierzycie mi? Trudno. Idźcie do tej przeklętej Litwy, co mi tam. Wtem las wypełnił się muzyką. Wszyscy momentalnie podnieśli głowy i zaczęli nasłuchiwać. Nie, nie mogło być mowy o pomyłce. Ktoś wyraźnie grał na lutni. - Może to Jaskier? – zapytała cicho Elegia – I Yossarian z samurajem? Może postanowili do nas dołączyć. Zali? – dodała po chwili bardzo cichutko. - No co ty, dziewczyno – wyszczerzył się mag – Jaskier nie potrafi tak grać. W każdym razie to, co on komponuje, na pewno nie ma nic wspólnego z muzyką. On to nazywa alternatywny rockblues z domieszką jakiegoś gówna, już nawet nie pamiętam... - Może chodźmy zobaczyć, kto to – zaproponowała Agrypina wyjmując zza pazuchy jeden lśniący czaran. - To na pewno wróżka. Albo jakiś leśny elf – wyszeptał przerażony Cecyl – Co będzie, jak rzuci na nas urok? Co nam z mieczy, co nam z kusz naszych, jeśli przeciwko magii stawać będziemy? - Zamknij się – mruknął Zdzichu – Dobrze, hmm... Możesz iść sprawdzić, kto to – popatrzył na Agrypinę – My będziemy cię ubezpieczać... - No co ty, ziomie, ja idę z nią – zaofiarował się Gwidon – Nie zapominajcie, że ja też coś niecoś czaruję. - Dobra, my idziemy, reszta zostaje i czeka – rzekła Agryppa – Jeśli nie wrócimy za 15 minut, to uciekajcie – po czym oboje z Gwidonem ruszyli w las. Przedzierali się przez chaszcze najciszej, jak tylko potrafili i jak tylko było to możliwe. Nagle, kiedy byli już naprawdę blisko, Agrypina – znana z wrodzonego wdzięku i lekkiego chodu – potknęła się o jakiś wystający korzeń i głośno zaklęła. Muzyka w jednej chwili ustała. Dziewczyna i mag spojrzeli po sobie i kontynuowali marsz. W pewnym momencie wyszli na malutką polankę, oświetloną promieniami słońca niczym jakaś estrada. Agrypina kątem oka dostrzegła jakiś ruch po prawej stronie i błyskawicznie odwróciła się z czaranem gotowym do rzutu. Przed nią na trawie klęczał młody mężczyzna o włosach jasnych, jak len i mierzył do niej z kuszy. Dziewczyna zauważyła, że do boku ma przytroczoną lutnię. Przez kilka chwil tak sobie trwali i patrzyli sobie w oczy, po czym Gwidon postanowił rozładować sytuację. - To ty, ziomie, tak byczo zapodawałeś muzę? – zapytał szczerząc wszystkie zęby. Mężczyzna przeniósł wzrok na niego. - Kim jesteście? – spytał podejrzliwie mrużąc zielone oczy. - Jam jest Gwidon Kozibobek herbu Popielnica, czy coś w tym stylu, bo tak serio to nie mam herbu, ale wszyscy frajerzy tak się tutaj przedstawiają, no wiesz, z herbem, więc ja też mogę. To jest – wskazał głową Agrypinę – To jest... - Agrypina – powiedziała dziewczyna – Agrypina, córka Jacka. - Haakon Conanson– przedstawił się mężczyzna wstając z ziemi i chowając kuszę. Agrypina schowała czaran. - No to teraz, jak się już wszyscy znamy, pora na „bucha pokoju” – ucieszył się Gwidon i odpalił skręta. - Dzięki, mam swoje – mruknął Haakon i zapalił peto – Chcesz? – zapytał Agrypinę, która tylko pokręciła głową. - Kim jesteś? – spytał czarodziej siadając pod drzewem – Bo chyba nie leśnym elfem, leśną nifmą, czy jakimś innym leśnym badziewiem? - Jestem bardem. A wy? - Hihihi – zaśmiał się cicho Gwidon – Ja jestem farmerem, a Agryppa bojowniczką o wolność wiewiórek na terenach zurbanizowanych i średnio zurbanizowanych. Chodź z nami, to przedstawię ci resztę naszej kompanii. *** - Kselos la Srelos – powiedział mag promiennie, wskazując na Cecyla – Syn Srelosa z Bzykowa, szlachcic. Elegia – Czartoryska, również szlachcianka. I Zdzichu. Hoduje buraki cukrowe na Ukrainie. Wszyscy patrzyli na Gwidona, jak na świra. - Mogę zatem spytać, co wy wszyscy robicie w tym miejscu? – zaciekawił się Haakon. - Jesteśmy wszyscy na urlopie macierzyńskim – mruknął mag – Wszyscy, jak stoi. Hodujemy cukraki burowe i jesteśmy córkami Jacka. - Gwidon, czegoś ty się, do cholery jasnej, naćpał? – zapytała delikatnie Agryppa. - Lililili – zanucił tylko mag, po czym upadł na ziemię i zaczął donośnie chrapać. W tym momencie Zdzichu wybuchnął głośnych śmiechem. Skręcał się na środku polany i krztusił przez kilka dobrych minut, aż zaczął kaszleć, wtedy wstał, otrzepał się i przez łzy powiedział: - Dosypałem mu do tej jego trawy trochę mojego ziela. Ale nie miałem pojęcia, że to wywrze taki piękny skutek... *** - Więc przybywasz z Litwy? – zapytała Haakona Elegia okręcając kosmyk włosów wokół palca i szybciej mrugając oczami. - Dużo się tam ostatnio działo. Mówią, że nawet przetrzymywano tam Batorego – rzuciła niedbale Agrypina. - Tego księcia z Siedmiogrodu? – zapytał bard – Uciekł. Dwa dni temu przekroczył granicę. - Ha! – wrzasnął nagle Zdzichu – A nie mówiłem? Nie mówiłem? – krzyknął i odtańczył jakiś dziwny taniec. - Wyglądasz jak zalecający się chomik – mruknęła Agryppa i Zdzichu przestał. - A zagrasz nam coś? – zapytała Elegia i odgarnęła sobie kosmyk z czoła. - Nie ma sprawy. Po to żyję – uśmiechnął się Haakon i szarpnął struny lutni.
sobota, 18 sierpnia 2007
Pogańska gawiedź rozpierzchła się bardzo szybko we wszystkie strony, zaś skołowani towarzysze broni stali na środku polany nie wiedząc co ze sobą zrobić. Robal zaś ocierając się czujkami o korony drzew sunął w ich kierunku. - Moja noga - zakwilił ktoś na pobliskim stosie trupów bez głów i piszczeli - moja noga... Wy pedały - ty zwrócił się do zebranych - to wy mnie pobiliscie - Zamknij papsko krasnalu - zrugał go uprzejmie mag - i powiedz nam gdzie się można schować przed tym kutasem z czułkami - Powiem, jeśli zabierzecie mnie ze sobą... - Dobra zabierzemy cię - Musicie iść na zachód, aż dojdziecie do cisa, a potem na północ do jaskini... - Dobra, żartowaliśmy frajerze, na razie... - rzucil mag i jal odchodzic - Hahahha, ja tez żartowałem - zarzęził, plując krwią - tu nie ma cisów (robal sunął naprawdę wolno, miał do nich jeszcze jakieś cztery linijki tekstu) - No dobra, bierzemy cię, a ty prowadź - zarządziła Agrypina - Gwidon i Cecyl! Musicie go nieść, ja będę zabezpieczała tyły. - Ruszcie się, nadciąga robal - powiedział zalękniony nieco Cecyl - To nie jest żaden robal, tylko arcychrabaszcz - wyszeptał ze strachem kapłan Zdzichu - prześladuje nasz lud od pokoleń, to on rządzi tym lasem...lepiej się pospieszmy Elegia z wyciągniętym mieczem prowadziła pochód zgodnie ze wskazówkami, które wydawał jej kapłan wleczony przez maga i Cecyla. Agrypina idąc tyłem poganiała resztę i wpatrywała się natarczywie w ślepia arcychrabaszcza, co nie przynosiło jednak żadnego efektu. Przemieszczali się bardzo szybko wąskimi, pełnymi korzeni i igliwia ścieżkami, które wiły się pokracznie miedzy drzewami i często zanikały niespodziewanie, lub krzyżowały się innymi tworząc niesamowite kłębowisko leśnych dróg. Kapłan ciągnięty za nogi sterował krokami Elegii i w ten sposób uciekinierzy zmierzali do celu, jakim okazała się być ukryta w leśnej gęstwinie jaskinia. Słysząc za sobą napastliwe kleszcze arcychrabaszcza, drużyna bez wahania zanurzyła się w ciemnościach. Ciemość była gęsta i nieprzenikniona. Nasuwała skojarzenia z lochami, lub dolami kloacznymi, czy tez kanałami i rurami odpływowymi (bohaterowie była w stanie skojarzyć coś takiego, ponieważ przebywali we wszystkich z wymienionych miejsc. - Gdzie jest ten pieprzony kamerdolec...? - denerwował się Gwidon grzebiąc w swoim podręcznym tobołku - ...mam go! Ciemność nagle rozstąpiła się pod wpływem zielonkawego światła wydobywającego się z magicznego kamienia, daru od smoka, którego imienia nikt nie pamięta, nie jest w stanie wymówić, a i autorowi nie chce się przewijać stron i kopiować tej pogiętej nazwy, która przy każdym zapisaniu ulegała poważnym deformacjom... Drużyna rozglądała się niepewnie i starała się w jakiś sposób ogarnąć wzrokiem pomieszczenie w którym się znaleźli. Od strony wejścia do jaskini dochodziło pełne furii szczebiotanie arcychrabaszcza, który, z tytułu swoich gabarytów, nie był w stanie dostać się do środka. Znajdowali się w korytarzu o ścianach nieregularnych, choć najwyraźniej poddanych w przeszłości jakiemuś mechanicznemu wygładzaniu, czy to ludzka, czy inna ręka dokonanego. Tunel był prosty, choć opadał zauważalnie. Wraz z przemieszczaniem się przyjaciół w głąb ziemi na ścianach pojawiały się rożne znaki, symbole i malowidła. Były tam zagadkowe ciągi celtyckich, kunsztownych liter. Były ledwo widoczne , osadzone na wysokości jednego metra symetriady, pentagramy, anagramy i aforyzmy. Dolna część ścian tunelu zdominowały onomatopeje, przerzutnie, epigramaty i plankty. Sufit podziurawiony był setkami elegii, epitafiów, anafor i farmazonów. Podłogę szczelnie wypełniały wizerunki matek boskich: ostrobramskiej, częstochowskiej, białostockiej, kieleckiej, radzynskiej, rodzynskiej, niezawitowskiej, nieznoskiej i samosiejki. Madonny dosiadały bryk sześciokonnych inkrustowanych motywami fallicznymi, kielniami, cyrklami, młotami i sierpami. Gwidon, jako najwyższy wciąż uderzał głową w pergaminowe lampiony zawieszone pod sufitem, a Agrypina potykała się o drewniane konstrukcje kołowe woodoo. W końcu Elegia Czartoryska przywaliła w ogromny, mosiężny gong, który ustawiony był na bambusowym stelażu i tarasował drogę. Pochód zatrzymał się. - Niesamowite, ze natura potrafi wytworzyć tak wspanialy i rozmaity krajobraz - rozpływał się Cecyl patrzac na recznie kuty gong, ale napotkawszy piorunujący wzrok Gwidona zamilkł - Co do jest za, kurde, miejsce? - zapytała w uniesieniu Agryppa leżącego na ziemi Zdzicha - To jest nasz Korytarz Jedności. Miejsce łączności kultur i tradycji... - Dobra, dobra... - przerwał mu Gwidon - skończ tą swoja komunistyczną tyradę i powiedz gdzie nas niby prowadzisz - Zmierzamy do naszej podziemnej siedziby, zwanej Analnym Gajem, a to z tego powodu, ze znajduje się on niejako na tyłach cywilizacji i ... no dobra, brzmi to idiotycznie, ale jakoś się utarło. Zmywajmy się stad. Postawcie mnie, chyba będę w stanie iść sam, a dość już mam wleczenia mnie po skalach. Kapłan z trudem podniósł się z ziemi, rozmasował kolana, okręcił się parę razy naokoło. Potem klęknął i zakrzyknął cos na kształt: "Anzelm, hańba", potem "Haram w Zizka", potem wstał podskoczył, spłynęła na niego moc i wyzdrowiał. Zapierdział się przeciągle po czym zapukał w paru miejscach w gong. Gdy ten odsunął się, Zdzichu wskazał ręka przejście, a towarzysze oniemieli spektaklem, którego byli świadkami, przeszli przez przejście Korytarz w którym teraz się znaleźli był o wiele szerszy, ściany miał gładkie, wyłożone piaskowcem, a oświetlony był regularnie osadzonymi pochodniami, które rzucały na przechodniów chwiejne cienie. Zmierzali na wschód, a właściwie północny wschód. Podziemna podroż dłużyła się, rzadko ktoś się odzywał, bo wszyscy skupiali się na obserwowaniu drogi. Jak wynikało ze słów Zdzicha, tunel którym szli, był częścią potężnego traktu podziemnego, wybudowanego jeszcze w czasach Imperium Romanum, z rozkazu samego Juliusza Cezara, który nie mogąc pokonać paskudnych plemion słowiańskich, a chcąc korzystać z dobrodziejstw bałtyckiego bursztynu, zmobilizował ogromne rzesze niewolników, jeńców, a nawet żołnierzy, którzy przez siedem lat kopali, ryli, miejscami fedrowali, aż udało się stworzyć niesamowity, podziemny tunel, biegnący od wiosek rzemieślniczych trudniących się obróbką bursztynu na wiślanych żuławach, poprzez puszcze kampinoska, lewym brzegiem Wisły, dalej na południu, przekopując się pod masywem Beskidów i Alp, aż do Rzymu. Zgodnie ze słowami kapłana, po rozpadzie Cesarstwa 395 i złupieniu Romy przez Wandalskie bandy w 455, gdy cala struktura imperium zawaliła się a na jej miejsce w pałacach zadomowili się hierarchowie kościelni, kultysci i rożnego rodzaju sekty, tolerowane w dawnym cesarstwie, zmuszone zostały do zejście do podziemia. Na terenach Italii trakt podziemny stal się oaza dla wszelkiego rodzaju odmieńców i kontestatorów zastanego ładu. Tereny Germanii i Gali w miarę możliwości były łączone podziemnymi tunelami, sztolniami i korytarzami z głównym traktem, który stal się po jakim czasie najbardziej uczęszczanym szlakiem na kontynencie. Wraz z chrystianizacja terenów zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, także te części wiekowego tunelu stawały się miejscem schronienia i azylu. W jednym z rozgałęzień tegoż tunelu krył się późniejszy król polski Władysław, zwany Łokietkiem. Mimo wielkiej popularności podziemnego traktu, wieści o jego istnieniu dotychczas nie dotarły do instytucji odpowiedzialnych za wykrywanie wszelkiego rodzaju nieprawomyślności, czarów i wolnomyślicielstwa, zupełnie jakby sekretu strzegły siły mroczne i potężne, którym na rękę było utrzymanie drogi w tajemnic Po jakiejś godzinę marszu Zdzich zatrzymał się na środku tunelu, wykonał jakiś gest ręka, potem machnął noga i uderzył głową w ścianę. W ścianie pojawiła się mała dziurka, która powiększała się i poszerzała aż przejście było na tyle duże, ze zmieścić się w nim mogło radosne brzuszysko Kapłana. Wąskim i dość niskim tunelem pokonali jakieś dwieście metrów. Potem przepchali się przez ukryte za zasłona z zielska i paproci wyjście z jaskini. Gdy poczuli świeży powiew, Cecyl nabrał cale płuca powietrza i wypuścił je radośnie. - Oto Analny Gaj - powiedział z duma kapłan widząc oniemiałe ze zdziwienie miny gości - mój dom... Niebo jaśniało na wschodzie, wiał delikatny wiatr z zachodu. "Rzeczywiście zasłużyli na lepsza nazwę" pomyślał Gwidon Wstawał dzień
piątek, 13 lipca 2007
Haakon Conanson wyprostował się. Przed nim rozciągał się iście piękny widok - Puszcza Kampinoska i wijąca się w jej stronę rzeka Rządza skąpane w promieniach wschodzącego Słońca. Wielki świecie, nadchodzę, pomyślał i z wdziękiem ześliznął się ze wzgórza. Haakon był bardem. I, czego nie dało się w żaden sposób ukryć ze względu na bardzo jasne włosy i zielone oczy - synem wikinga. Był też bardzo wysoki, ale mimo tego zwinny, jak łasica. I miał wielki talent. Tego lipcowego poranka, po nocy spędzonej w krzakach na jakimś pagórku niedaleko wiochy o nazwie Kałuszyn, młodzieniec postanowił na jakiś czas opuścić cywilizację i poszukać natchnienia w dzikiej głuszy, wśród dzikich zwierząt, dzikich roślin i arcydzikich kamieni. Jeśli chodzi o karierę, to nie miał powodów do narzekań. Jego talent znany był w całej Litwie, gdzie spędził ostatnie cztery lata komponując i dając małe występy przed niemałą publicznością. Teraz przyszła kolej podbić Polskę. I to nie tak, jakby życzył sobie tego jego ojciec – pożogą, orężem i mordem, ale subtelniej i skuteczniej – muzyką i śpiewem. W przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, używających kretyńskich ksywek typu John Lennon, Sting, czy Marley, Haakon nie posiadał pseudonimu. Był dumny ze swoich korzeni. Nad rzeką zatrzymał się na chwilę i za pomocą małego urządzenia z wmontowaną hubką i krzesiwem, podpalił coś, co można by nazwać szesnastowiecznym papierosem, a co wtenczas na Litwie zwano „peto”. Zaciągnął się, schował zapalnik do kieszeni i ruszył w stronę puszczy.
wtorek, 26 czerwca 2007
Krąg fanatyków zacieśniał się i drużyna uznała, że trzeba by chyba coś zrobić. Gwidon szybko przywdział melonik i zaczął stepować. Gdy zebrani nie zrozumieli jego intencji, stanął na głowie i zrobił dwadzieścia piruetów zwanych „morderczą śrubą”. Gdy powrócił do pozycji wertykalnej, złapał kapłana Zdzicha pod rękę i, śpiewając „Chodzi lisek koło drogi”, wykonał z nim bardzo skomplikowany układ taneczny z podnoszeniami, opadami, kręciołami i wogle. Następnie chwycił się pod boki i odtańczył Kujawiaka, skoczył w dal na 10 metrów, zrobił szpagat, pojechał na koniu bez trzymanki, zagrał na trawie „Nie płacz, kiedy odjadę”, wygwizdał cały motyw z „Gwiezdnych wojen”, upiekł szarlotkę ze śliwkami, wyrzeźbił kopię posągu „Dawida”, wyrecytował „Odę do młodości” i pościł przez trzydzieści sekund. Kiedy to nie pomogło i krąg fanatyków zacieśniał się nadal, czarodziej zresetował komputer i zaczął rapować „Bogurodzicę” , potem skoczył na bungee i wykonał serię niebezpiecznych skoków do wody, co szczególnie mu nie wyszło, bo nigdzie w pobliżu nie było wody. Gdy zabierał się do zawodów w jedzeniu kotletów schabowych, Agrypina położyła mu rękę na ramieniu. - Co ty, Gwidon, robisz, do kuźwy nędzy? – zapytała uprzejmie. Mag zastanowił się przez chwilę. - Masz racje, dżaga – odparł – Za długo się z nimi pieprzyłem. Pora przejść do rzeczy – dodał, po czym wyjął zza pazuchy deskorolkę. Tłum fanatyków zamarł ze zgrozy. - Co to za przedmiot..? – pytali się nawzajem zalęknieni. Nikt jednak nie znał odpowiedzi na to proste pytanie, toteż Gwidon rozpoczął prezentację: - To jest, ciule bose, deskorolka, potocznie zwana „deską”. Jej nazwa wzięła się stąd, że, jak zapewne każde z was widzi, jest ona zrobiona z deski z przymocowanymi kółkami. Każdy szanujący się ziom posiada przynajmniej jeden jej egzemplarz. Zwykle służy jako pojazd mechaniczny, jednak w tych okolicznościach jestem zmuszony zmienić jej kwalifikacje. Gińcie, cwele! – wrzasnął i zaczął ich okładać deskorolką po rozczapierzonych łbach. Reszta drużyny natychmiast załapała przesłanie maga i błyskawicznie dobyła broni. Jako że Elegia nie posiadała własnego oręża, Agrypina rzuciła jej swój rapier, a sama wyjęła komplet tytanowych czaranów, które zalśniły złowieszczo w blasku ognia. Gdy pierwszy z nich odłupał jakiemuś wieśniakowi kawałek czaszki, reszta zebranych pojęła powagę sytuacji i z jeszcze większym fanatyzmem poczęła napierać na drużynę. - Nie damy się żywcem! – darł się patetycznie Cecyl wymachując dookoła wielkim mieczyskiem i odcinając atakującym różnorakie kończyny – Jakem Cecyl z Kopyrdek Małych, syn Wszemira z Dzikowa, nie oddam się żywy w ręce pogan! - Zawrzyj papę, ciulu! – wrzasnęła Agrypina – I osłaniaj mnie! Kiedy Elegia ciachnęła głowę jakiegoś kmiota z krzywym zgryzem, rozległ się głośny krzyk. - Aaaaaa! – darł się guślarz – Co wy wyprawiacie! Toż ta polana to święte miejsce! Zawrzyjcie zwieracze i zzujcie obuwie! Zakończcie ten rozlew krwi! Toż sam Swarożyc na nas spogląda! - Zamknij się, stary capie! – wrzasnął ktoś z tłumu. Nagle jedno z ognisk eksplodowało. To Gwidon cisnął do środka pełną zapalniczkę. Kilku płonących fanatyków uciekło w las w poszukiwaniu bajora. - Hiiiiiiii jaaaaa! – wrzasnęła Elegia i rozłupała na pół niedostatecznie wyedukowanego w walce chłopa. - Jest niezła! – krzyknęła do Gwidona Agrypina jednocześnie wbijając guślarzowi nos do czaszki – Całkiem jak nasz samuraj! Rąbanka trwała w najlepsze. Polana zasłana była trupami połowy pogan, a liczba poległych stale rosła. Gdy Cecyl zaczął wyobrażać sobie siebie stojącego z mieczem na stosie trupów, na polanę z wielkim wrzaskiem wpadło kilku kmiotów, którzy wcześniej wbiegli do lasu i z zapamiętaniem poczęli wykrzykiwać jakieś niezrozumiałe frazy. - Jelkiiii raboncz wesieee! – darł się jeden z nich. - Co on tam pieprzy? – zapytał Elegię Gwidon, ale dziewczyna nawet nie musiała odpowiadać. W tym momencie bowiem wszyscy usłyszeli złowrogie chrobotanie, które nasilało się z każda sekundą. Po chwili na polanę wpadł olbrzymi chrabąszcz i z fanatyzmem większym niż wyznawcy Swarożyca, począł wymachiwać ostrymi jak brzytwy szczypcami. - Łożesz w mordesz... – rzucił Gwidon i mocniej ścisnął magiczną laskę.
Yossarian krzątał się niespokojnie miedzy szeregami znudzonych gapiów, którzy zwabieni zapachem płonącej stodoły obserwowali bez emocji dogorywające zgliszcza. Dla hrabiego cale zamieszanie było szczególnie uciążliwe, ponieważ wiązało się z koniecznością poszukiwania nowego schronienia, a także podnosiło ogromnie ryzyko dekonspiracji. Jaskier i Kisimisi, niepomni na zagrożenie beztrosko lamentowali pod pobliska lipa, co dodatkowo irytowało Yossariana. - Posłuchajcie matoły - starał się zwrócić im uwagę - musimy się stąd zbierać i to szybko - No ale chałupa nam się zjarala - ryczeli - nie mamy teraz dachu nad głową... Kiedy parę chwil później przemierzali opustoszały i cichy plac namiotowy, a na wschodzie robiło się coraz bardziej jasno, Jaskier wpadł na pewien pomysł. Był on prosty, wręcz prymitywny, ale reszcie przypadł do gustu wiec niezwłocznie przystąpili do jego realizacji. Po chwili przygotowań z zarośli wynurzył się owinięty kocem i stara szmatą do podłóg Samuraj z zadziornie zakrzywionym mieczem na plecach. Skradał się z wolna w stronę starego budynku stojącego na uboczy, w którym, jeśli wierzyć bardowi, stacjonował kilkuosobowy garnizon francuskich żołnierzy. W tym czasie Hrabia i bard zaroślami zbliżali się to rzeczonego budynku od drugiej strony, starając się nie mówić za wiele, a wręcz milczeć. Samuraj zatrzymał się kilka metrów przed drzwiami, wyjął z zza pazuchy duży gąsiorek pełny wódki i siląc się na beztroska minę począł zataczać się w stronę drzwi budynku. Jego zataczaniu towarzyszyła pewna piosenka, która starał się wyśpiewywać najbardziej pijacko, jak tylko bylo go na to stać:
W gasiorku mam ja trunek co daje mi ratunek od trosk i życia znojów od mych codziennych bojów
w gasiorku mam gozolke co podsyca ma mrzonke o świecie bez cierpienia i pralce bez kamienia
W gasiorku życie moje zamknięte starym korkiem i czy leżę czy stoję problemy mam z rozporkiem...
Wyśpiewawszy "rozporkiem" zwalił się całym ciężarem na spróchniałe drzwi, które pod naporem jego jędrnego ciała ustąpiły, a sam zainteresowany wkulał się do środka. Wylądował w wąskim holu prowadzącym do małych pokoi w których spali żołnierze. Przeleżał na posadzce kilka sekund i już miał intonować swoja piosenkę od początku, kiedy z sypialni zaczęli wysypywać się zaspani żołnierze poubierani w dziwaczne francuskie mundury. - Czego ty capie - zawył jeden z wyraźnie słowiańskimi rysami - paszol won! To rzekłszy skinął na swoich francuskich kolegów, którzy otoczyli pijaka z każdej strony i chwytając za fraki zaczęli wynosić go z budynku. Zgodnie z przewidywaniami nie rzucili go przed dom, ale próbowali wynieść w jakieś odleglejsze miejsce, żeby już więcej nie hałasował pod ich chata. Uznając pobliski rów, znajdujący się za małym zagajnikiem za odpowiednie miejsce docelowe dla impertynenta, wtoczyli go do środka, zaś sami skierowali się z powrotem w stronę chaty. Zamknięte drzwi wydały im się podejrzane, ale ich słowiański kolego bez zbędnych ceregieli, kierowany zmęczeniem i chęcią powrotu do ciepłego wyra chwycił za klamka, ale ta nie ustąpiła. Spróbował jeszcze raz, ale nie przyniosło to żadnego efektu. - Przecież te drzwi wypadły z zawiasów - powiedział dowódca garnizonu po francusku, a cala reszta przyznała mu racje, mimo, ze uwaga dowódcy nie była ani odkrywcza, ani nie wnosiła niczego nowego do sprawy. Żołnierze zaczęli wiec dobijać się do drzwi, ale odpowiedziała im tylko cisza. Po pary minutach bezowocnego walenia w drewniane drzwi cos zaszczebiotało w środku. Żołnierze skamienieli i czekali na zowój wydarzen. Drzwi otworzyły się, a stanął w nich zaspany Yossarian w klapkach i drelichowej pidżamie, oraz czapce z kuśką na głowie. - O co kurna chodzi? - zapytał siląc się na uprzejmość - nie macie co robić po nocach bandziory, tylko szwendacie się po domach spokojnych obywateli? - My tu mieszkamy ty ćwoku - zakomunikował mu w grubiański sposób tłumacz Francuzów - ten budynek to garnizon francuskiego wojska. Jesteśmy osobista eskorta przyszłego króla tego kraju! - Chyba wam się cos pochrzaniło - odrzekł spokojnie Hrabia poprawiając nonszalancko czapkę na spuchniętym czerepie - wasza chatka jest w druga stronę... Musieliście pomylić drogi... - Tak...? - zapytał ewidentnie skołowany Rusek - no to gdzie jest nasza chatka? - No, musicie iść na północ, jak dojdziecie do starego cisa, to skręćcie na zachód. potem parę kroków w stronę rzeki i odbijcie na południe i tam zaraz jest wasz domek. - Aha... no dobra - powiedział - dzięki za wskazówki Przywódca dal sygnał do wymarszu i kolumna ośmiu Francuzów osobistych ochroniarzy Henryka Walezego skierowało się na północ. - Do jakiej rzeki oni maja dojść? - spytał Jaskier, gdy Yossarian popijając francuskie wino, wił sobie posłanie w łóżku dowódcy - A jakie to ma znaczenie, jeśli najpierw musza dojść do cisa, który nie istnieje? - to rzekłszy położył się i przykrył aksamitna pościelą francuskiego dowódcy, a po chwili spał już smacznie. - Łożesz w mordesz, wielki Świętowidzie, zmiluj sie nad nami - darł sie w noc zamaskowany osobnik stojący na środku wielkij leśnej polany rozświetlonej dziesiątkami ognisk - Łoooooołaaaaaaaaaaableeeeeeeeee! - zawtorował mu rozhisteryzowany tłum wyznawców podskakujących i podrygujących przed kapłanem - Panie łognia i płomieni! Ojcze światłą, słońca, cieni! Bleeeeeeeeeeeeeeeeeeee! - Zawył triumfalnie, a dla podsycenia napięcia splunął do ognia, który urósł i oświtlił mocniej twarze zebranych - Mówcą dzisiejszego dnia będzie kapłan Zdzichu - to rzekłszy zszedł z widoku, a jego miejsce zajął niski i barczysty chłop z rozwianym wąsem i przypaloną brodą - Elo, elo morelo! - wykrzyczał w noc, a odpowiedział mu pomruk aprobaty ze strony wiernych - dziś zajmiemy sie przypomnieniem przypowieści o łaskawym Swarorzycu i przegniłej Marzannie, a potem spalimy se jakąś ofiare. Ale zanim to wszystko nastąpi zbierzemy naszą co sobotnią ofiarę, a pomogą nam w tym Wiedźmy Na Gazach!!! W tym momencie z drugiego końca polany zaczęły dochodzić straszliwe wrzaski i dzwięki, które okazały sie być luźnymi kompozycjami muzycznymi formacji muzycznej czarownic z przewlekłymi dolegliwościami gastrycznymi, które zagęszczały swoje uderzenia w bębny naprzemiennymi orgazmicznymi okrzykami i hałąśliwymi odpowietrzaniami sie, co z jendnej strony cieszyło i nakręcało zebranych, a z drugiej zmuszało ich do trzymania sie na odpowiednią odległość. W tym czasie diakoni ubrani w skóry borsucze przemierzali rzędy i zbierali od wiernych drobne ofiary w postaci miedzianych pieniążków, paciorków, krysztalów bursztynu i języków zwierzyny łownej. Kiedy wiedźmy zakończyły swoją pieśń, ludzie zasiedli na trawie, a kapłan prowadzący zaczął mówić... - Było to dawno i dawno i wogle... Słońce świeciło o wiele jaśniej, a wiatr wiał z dołu. Zwinny Swarorzyc przechadzał sie po lesie swojego ojca Twaroga... - Swaroga debilu - zawył ktoś z zebranych - Sam jesteś debil, debilu, ja opowiadam... odparował mu pucułowaty kapłan. Wichrzyciel zdał sie uspokoić, ale cisza nie trwałą długo... - I ten Swarorzyc szedł z wiadrem przez las i zbierał grzy... - Z koszyczkiem... - wydarł sie na cały głos rozgorączkowany oponent - to był koszyczek ty pieprzony znawco od siedmu boleści... - Zaraz ci dojade - zripostował pospiesznie kapłan Zdzichu - Tobie i twojej starej! - Uspokujcie sie - prubowałą studzić nastroje młoda poganka w długiej białej szacie - Wszystko bedzie dobrze... On dokończy kazanie, a potem bedzie orgia przy świetle księżycy... - jej głos był spokojny i kojący - Gówno, a nie orgia! - darł sie kapłąn - pozatym są chmury i nie widać księżyca Stwierdzenie oczywuistego faktu przemawiało na kożyść kapłana, co sprawiło, że część wiernych zaczęła przechodzić na strone Zdzicha. On stał na przeciwko kontestatora, a między nimi młoda dziewoja. Widać było, że ludzie przyzwyczajeni do tegio tympu sporów teologicznych znali mechanizmy rządzące tym zdarzeniem, które opierały sie na demokratycznym poparciu dla bardziej wiarygodnego z oponentów. - Koszyczek, koszyczek koszyczek! - Darł sie krzykacz, a sporo osób stawało za nim - Wiadro, wiadro, wiadro! I wogle twoja stara pierze w rzece! - Starożytna strategia polegająca na zjeżdrzaniu matki oponenta okaząła sie jak zawsze skuteczna. Zdzichu zyskał poparcie niemal wszystkich niezdecydowanych jeszcze wiernych - Koczyczek, koszyczek, koszyczek i wogle sam jesteś twaróg, a matka twoja ma krzywą dupe! - Przekonało to kilku niezdecydowanych i paru popleczników Zdzicha, którzy przeszli na stronę krzykacza - eeee - Zająknął sie kapłan, który najwyraźniej został dotknięty epitetami krzykacza i okrutną krytyką jego rodzicielki. - Ha! - Uradował sie jego przeciwnik - głupio ci teraz? Zdzichu nic nie odpowiadział, spojrzał tylko na swoich popleczników, których było prawie tak dużo jak przeciwników, potem spojrzał na krzykacza, a w końcu na Guślaża czającego sie w cieniu. Ten wynurzył sie z cienia, stanął wraz z dziewczyną miedzy dwiema grupami i powiedział. - Od wieków mieszkańcy tych ziem przedkładają dialog nad przemoc, ale kiedy możliwości dialogu sie wyczerpią, należy wspomóc sie przemocą... To rzekłszy strzelił w morde przypadkowego wyznawce, który stał akurat obok. Ten uderzył kogoś innego i tak w bardzo szybkim czasie polana zamieniła sie w bole bitwy na kije, pięsci i zęby. Zabawa trwała by w najlepsze, gdyby nie przerwało jej zadane bardzo głośno pytanie, które zkołowało walczących do tego stopnia, że przerwali okoleczanie kolegów, a na miejscy zgromadzenia zapadła całkowita cisza... - Można sie tu gdzieś wysrać? - powtórzyła niewinnie Agryppina wynurzjąc sie z ciemości, a za nią na polane wkroczyli kolejno: Gwidon, Elegia i Cecyl - Kuźwa - Ucieszył sie Mag - jakaś impreza... Wśród zebranych stopniowo zaczą narastać cichu pomruk. Na początku prawie niesłyszalny, zapoczątkowany najprawdopodobniej przez jakiegoś nieśmiałego wyznawce, który miał w sobie na tyle przywoitości, że postanowił za wszelką cene przerwać bezsęsowną walkę. Od pierwszetgo odważnego pomruk zostawał podchwytywany przez kolejnych i kolejnych wyznawców, aż urósł do takich rozmiarów, że napełniał sobą cały las i nisł sie daleko, daleko, poprzec niezbadane doliny i ciemne rozlewiska leśnych strumieni. - O - FIA - RA, O - FIA - RA, O - FIA - RA! - darł sie fanatyczny tłum z wolna otaczajać nowoprzybyłe, że urzyje kolokwializmu, posiłki... - Co oni wrzeszczą? - Spytał zozkorączkowany Cecyl, mrużac odzwyczajone od silnego światła oczy - Wesoło - podsumował sytuacje Gwidon - mówiłem srać pod drzewo? Agryppina uznała, że chyba rzeczywiuście lepiej pod drzewo Krąg fanatyków zacieśniał sie....
sobota, 23 czerwca 2007
Gwidon Kozibobek przemierzał raczej po omacku ulice Bielska-Białej. Była środa, 15 marca roku pańskiego 2002 i lał rzęsisty deszcz. Chłopak resztkami sił dotarł do bramy jednej ze starych kamienic i oparł się plecami o mur. Powoli dochodził do wniosku, że połączenie pół litra wódki, czterech piw, nalewki i trawy jest złem. Krople deszczu spływały mu po twarzy. Powoli zaczął rozróżniać kształty. Kilkanaście metrów przed nim, na Placu Rewolucji stał trzymetrowy pomnik Lenina z podniesioną w górę prawą dłonią, na której ktoś zawiesił jakieś brudne pantalony bez gumki kołyszące się teraz rytmicznie. Na cokole widniał wymalowany kilka dni wcześniej przez Janka, kumpla Gwidona, napis: CHWDP. W ścianę kamienicy za pomnikiem wmurowana była tablica upamiętniająca zmianę nazwy miasta na „Leninogród”. - Wybrałem cię na mojego nowego ucznia. Obserwowałem cię od jakiegoś czasu, tak mniej więcej od narodzin i stwierdziłem, że znakomicie się nadajesz. - Jeśli wystarczy ci moje słowo, to wszystko będzie możliwe. Jednak podobna misja wymagałaby wielkiego poświęcenia – mógłbyś cofnąć się w czasie, lecz gdyby ci się powiodło, nie mógłbyś już powrócić, ponieważ zmieniłbyś także bieg twojego własnego życia, co jest śmiertelnie niebezpieczne. - Musisz znaleźć niejakiego Yossariana von Michnikę de la Crua - rzekł Spycimir – On ci pomoże. W odpowiednim czasie dostarczę ci także moją najlepszą księgę zaklęć.
środa, 20 czerwca 2007
Wyjechali gdzieś na Litwę wszyscy nasi podopieczniiii..! Gdy nie ma tych cymbałów, to jesteśmy niebezpieczniii..! – darł się bard szarpiąc za struny lutni – Gdybym był bogaty, kupiłbym se graty i wyrzucił szmaty, gdybym Żydem był....! - Jaskier – odezwał się cicho Kisimisi– Jeszcze jedno słowo, to wsadzę ci tę twoją gitarę... - Lutnię! - ...głęboko w dupę – dokończył spokojnie samuraj. Noc była piękna. Na czystym niebie migotały miliardy gwiazd. Świerszcze cykały. Spita szlachta smacznie chrapała gdzieś po krzorach. Yossarian włamywał się do namiotu Jana Zamoyskiego. Samuraj i bard stali na czatach.- To jest kamuflaż, kutasie! – warknął Jaskier – Wszyscy tu się tak zachowują. Gdybyśmy byli cicho, to dopiero byłoby podejrzane... – po czym szarpnął struny i zaintonował – Gdybym ci ja miała... – nie zdążył jednak dokończyć, gdyż Kisimisi, jako bardzo słowny człowiek, zabrał się do spełniania swojej wcześniejszej obietnicy. Barda uratowało wejście Hrabiego. - No... Ale mogliście uprzedzić, to bym zaczekał, albo poszedł naokoło... – mruknął rozbawiony szlachcic. - Zawrzyj papę, ciulu bosy! – wydarł się Jaskier – To wszystko twoja wina! Nie mogłeś wysłać z Agrypiną tego posranego czubka?! Już bym wolał towarzystwo ropuchy... – nadął się i protekcjonalnym ruchem wyrwał samurajowi lutnię z dłoni. - I co? – Kisimisi zwrócił się do hrabiego. - Zwinąłem mu pacta conventa, umowę na nowy kasztel pod Toruniem i kartę gwarancyjną nowego koniowozu – wyszczerzył się uradowany Yossarian – Teraz trochę potrwa, zanim się zorientuje, rozpocznie śledztwo i zabierze się za uchwalanie tych praw od nowa. - Dobra, to spadamy – zarządził samuraj. Po piętnastu minutach wędrówki towarzysze dotarli do swojej stodoły, gdzie zastali jakąś parę w bardzo niedwuznacznej sytuacji.- Wypierniczać stąd bachory! – wydarł się Jaskier zamierzając się na nich swoją lutnią – Nierząd uprawiają! I to jeszcze w stodole na sianie, a nie, jak na przyzwoitych ludzi przystało, w wyrku, w pościeli! Wypierniczać powiedziałem! Raz, dwa! Samuraj i hrabia wymienili spojrzenia. Chłopak i dziewczyna, po fali pierwszego szoku, pozbierali manatki i zwiali, oglądając się trwożliwie za siebie. Bard odprowadził ich groźnym spojrzeniem, po czym mruknął: „pozamiatane” , umościł się wygodnie na kupce siana pod jednym z filarów, a po chwili dodał: „żeby tak w biały dzień człowiekowi do stodoły...i na sianie...młodzież”. I zasnął.- Powiesz mi, stary, co to, kruca, było? – zapytał skołowany Yossarian. - Widać w barda wstąpił na chwilę prawdziwy mężczyzna. Nieczęsto się to zdarza. Robimy święto? - W ramach zabawy proponuję spalić te dokumenty, które gwizdnąłem. - I dorzucić parę szyszek. Ognisko było iście okazałe. Strzelało iskrami pod same konary starych drzew.
***
Yossariana zbudził smród palonego drewna. Był środek nocy. „ Ognisko?” pomyślał, ale szybko wykluczył tę możliwość – przecież je dokładnie zasikali. Więc, kruca, co? Szybko znalazł odpowiedź. Płonęła jedna ściana stodoły. Hrabia zerwał się na równe nogi, kopniakami zbudził towarzyszy, po czym wszyscy wylecieli na zewnątrz. Wtedy otoczył ich tłum wieśniaków. - Co to, do nędzy, ma znaczyć? – zapytał hardo pierwszego kmiota z brzegu - Co to za zamieszanie, co? I czemu stodoła, w której przed chwilą smacznie spaliśmy płonie, he? - My... tego, diaboła chcieliśmy ze środka wykurzyć – mruknął niepewnie chłop mierząc hrabiego lękliwym spojrzeniem – I wżdy dlatego zali stodołę podpalić raczyliśmy. Ani nam w głowach wasza szkoda była, zacni panowie, ino diaboł... - Diaboł? – zapytał podejrzliwie Yossarian – Ten, co siarką zieje i ludziom plony niszczy? - Ten sam, panie. - A skąd wam przyszło do głowy, że on akurat w tej stodole siedzi?... - A nie siedzi...? – zapytał niepewnie inny kmiot. To nieco wkurzyło Yossariana. - Nie, nie siedzi, nie leży, nie fruwa i ogólnie go tam nie ma, nie było i już nie będzie! – ryknął Yossarian. - Ano Wacek z Jagną gadali... – speszył się wójt - Niedobre dzieciaki, wyobraźnia i te sprawy, panowie wiedzą... W tym momencie dach stodoły zapadł się.- Trzymajcie mnie – mruknął samuraj.
*** - No to nie mamy gdzie spać – skwitował całe zdarzenie hrabia. - Miejmy nadzieję, że reszcie lepiej się wiedzie – odparł samuraj polerując katanę. - Ano – mruknął bard – A jak może się wieść czarodziejowi, czubkowi i dwóm nierozgarniętym babom? Głupi mają ponoć zawsze szczęście...
***
- Tu rozpalimy ognisko – poleciła Agrypina. Polana była niewielka, o średnicy jakichś pięciu metrów. Powoli zapadał zmrok. W chaszczach po lewej stronie coś porządnie chrzęściło. - To tylko chrabąszcze, Elegio – uspokajał dziewczynę Cecyl. - Madafaka, ale zadupie – podsumował Gwidon siadając na kępce mchu. Byli w Puszczy Kampinoskiej, jednym z największych kompleksów leśnych w ówczesnej Europie, pełnym dzikiego zwierza, dzikiej roślinności i jeszcze dzikszych kamieni, które miały zwyczaj wyskakiwać na wędrowców zza drzewa i rzucać się na ich nagie łydki.- Znowu suszona konina... – mruknęła Agryppa – Jak tak dalej pójdzie, to sama zamienię się w konia i ktoś mnie kiedyś zje... Po kolacji Cecyl i Gwidon zabrali się za budowanie prowizorycznego szałasu z gałęzi i liści.- Czy to na pewno bezpieczne? – dopytywała się Elegia – Dzikie kamienie... - Spokojnie, dżaga – wyszczerzył się mag – Mam tu zaklęcie na wieczny płomień. Ognisko będzie się fajczyć całą noc, a wszystko, co dzikie boi się ognia, więc nic nam nie grozi. - Jesteś pewien, stary? – zagadnął go Cecyl, gdy na chwilę oddalili się od polany. - Nie. Ale powinno podziałać. W innym wypadku będę musiał użyć czegoś w opcji „Gulasz Mongolski”.
*** Agrypina miała tej nocy bardzo dziwny sen. Śniło jej się, że spotkała olbrzymiego chrabąszcza, który usiłuje odgryźć jej nogę. Obudził ją chrzęst. - Elegia, nie smyraj mnie po łydce – mruknęła dziewczyna i obróciła się na drugi bok. - To nie ja... – odparła sennie panna – Cecyl, czemu mnie drapiesz po plecach..? - Ja cię nie drapię. I zabierz rękę z mojego czoła... - Ręce mam przy sobie. - Gwidon, to ty..? – zapytał niepewnie Cecyl. - Co? – mag poderwał się z posłania – Co...?... Kto mnie macał po tyłku, madafaka? Wszyscy spojrzeli na siebie podejrzliwie. A potem równie podejrzliwie spojrzeli pod siebie.Po ich posłaniu spacerowały setki różnego rodzaju robali, które wiły się, pełzały, skakały, fikały lub po prostu śmierdziały. Było też kilka arcydzikich kamieni, które sapały groźnie, gdy tylko ktoś się do nich zbliżył. W jednej chwili wszyscy zerwali się na nogi i poczęli strzepywać z siebie to paskudztwo. Po jakimś czasie siedzieli przy ognisku i czujnie rozglądali się dokoła. - Coś czuję, że sobie nie pośpimy... – mruknęła Agrypina i wzięła do ręki magiczną księgę Gwidona – Stary, ale tu są zaklęcia! Porost włosów na nosie, piegi na lewym kciuku, trzy pary uszu...Po co to komu? - Dla jaj – odparł mag z uśmiechem. - Oooooo... Ale to już wygląda całkiem sensownie – powiedziała dziewczyna – Zaklęcie „Długo i szczęśliwie”. Co to takiego? - No to się rzuca, jak się chce, żeby się wszystko dobrze skończyło i żeby to „dobrze” trwało długo – Gwidon podrapał się po nosie – Ale tego zaklęcia nie da się rzucić, kurna... - Dlaczego? - Przeczytaj sobie warunki, laska, to się ze mną zgodzisz. - „Zaklęcie „Długo i szczęśliwie” – zaczęła Agrypina - Z „Wielkiej Księgi Kucharskiej Spycimira” wymaga, aby rzucający je mag był trzydziestometrowym grzybem gatunku Kania Bosa, miał długie włosy na ramionach, krótkie na nogach, pluł na dwadzieścia kilometrów strumieniami wrzącej smoły, miał kurzajkę na nosie, nie miał prawego oka, lubił anime i spaghetti, nosił trampki, był blondynką, prał tylko w Persilu, nie pił, nie palił, nie malował się, używał płynu po goleniu i nie miał zarostu. Zaklęcie ma być rzucane w porze obiadowej (wg czasu letniego), w dzień poprzedzający pełnię Księżyca w miejscu, gdzie mieszkają Polinezyjczycy. W przypadku niespełnienia choć jednego z powyższych warunków, próba rzucenia zaklęcia nie powiedzie się i może doprowadzić do potwornej katastrofy. Powodzenia!” – dziewczyna rozdziawiła usta – Łaaał... To iście posrane. - Mówiłem. I tak siedzieli sobie do rana przy ognisku, czytali co śmieszniejsze zaklęcia i opowiadali głupie historie rodzinne, po czym o świcie wyruszyli na północny wschód. Niestety, złowieszcze chrobotanie podążyło za nimi.Omawianie i konsultowanie planu było, jak zawsze, niezwykle nużące i mało produktywne. Gadanina trwała wiele godzin, a z mętliku panującego na początku obrad nie ubyło wiele, kiedy po długim czasie Yossarian zapytał niezwykle naiwnie “to co robimy?”. Nikt nie raczył mu nawet odpowiedzieć, ponieważ zebrani zbyt zaaferowani byli zapamiętywaniem poruszonych przez siebie wątków i rozdrapanymi ranami. Oberwało się każdemu. Bardowi, że jest gejem. Agryppinie, że głupia. Samurajowi, że jest patetycznie nadętym ćwierć mózgiem bez perspektyw na pomnożenie genów. Yossarianowi za opryskliwość i odbieganie od tematu. Bardowi, że jest gejem. Gwidonowi za destruktywne zachowanie i wulgaryzmy. Elegii za paniusiowatość, niestosowanie się do norm panujących w stadzie i ciągłe kontestowanie pomysłów bez stosowania jakichkolwiek argumentów, oraz za irytujący wyraz twarzy. Cecylowi za opieszałość, bierność i brak inicjatywy. No i bardowi, bo pedał. Nad ranem udało się dojść do pewnych ustaleń. - Ty głupia, chędożona w odbyt pigwo! – darł się uprzejmie Hrabia rzucając w Agryppe resztkami z wczorajszej wieczerzy – Mam w dupie, co ty tam sobie roisz w tym twoim rozcapierzonym, pustym czerepie! Obchodzi mnie tylko to, żebyś na chwilę się zamknęła i wysłuchała, co mam do powiedzenia! Bo jeśli dalej będziesz się drzeć i gadać od rze… - A zawrzyj ten durny rudy dziób, nie będę się zamykała i nie jestem rozcapierzona i wogle! Wogle…to twoja stara jest! To rzekłszy, zamilkła. -Myślę, ze wyjście jest jedno - podjął po pierwszych od dwunastu godzin trzech sekundach ciszy Yossarian. – Musimy się rozdzielić… *** Gdy godzinę później Agrypina wraz z Gwidonem, Elegią i Cecylem pędzili co koń wyskoczy na wschód, dziewczyna była zadowolona. W końcu ruszyła się z miejsca, nie było tu tego nadętego capa Yossariana i jeszcze tych dwóch pedałów. Noc zastała ich w lesie, a to nie wróżyło nic dobrego. Wszak niebezpieczne są nocą mroczne zakątki antycznej puszczy kampinoskiej, gdzie od dawien dawna żyją dziwne istoty, niepodobne do niczego innego, których oko ludzkie nie widziało, a nawet jeśli widziało, to zostało odpowiednio szybko wyłupione. *** Yossarian i ekipa spali smacznie. Na żerdzi ułożeni niewygodnie odpoczywali bard i samuraj, którego miecz spoczywał niebezpiecznie na kroczu towarzysza. Zgodnie postanowili przed zaśnięciem, że nie ma co brać się za pracę z pustym żołądkiem i po nieprzespanej nocy, działalność wywrotowo - partyzancką planowali rozpocząć wieczorem, kiedy reszta będzie zbyt pijana, lub zbyt śpiąca, żeby zwrócić na nich uwagę.
piątek, 08 czerwca 2007
Prymas Uchański stał w oknie Twierdzy Stolz. Na zewnątrz szalała burza. Wtem okiennice rozwarły się z trzaskiem, wpuszczając do komnaty deszcz i lodowaty wiatr. Gdzieś daleko dał się słyszeć jakby przeciągły krzyk, który z każdą sekundą zbliżał się coraz bardziej. Prymas wytężył wzrok. Z ciemności powoli wyłaniał się nieregularny, czarny kształt, przypominający wielkiego nietoperza. Krzyk wzmagał się. Dopiero po chwili Uchański zdołał odcyfrować zawarte w nim słowa. Ale wtedy było już za późno. - O żesz, kurna, w mordę jeża! – wrzasnął prymas, dosłownie ugodzony w twarz przez wielkie, nietoperzaste ptaszysko – Kloakr, co ci strzeliło do tego cuchnącego łba?! - Wybacz szefie – smarknął ptak, po czym przybrał ludzką postać – Straciłem panowanie nad pojazdem. Zresztą wołałem, żebyś się odsunął od okna, nie słyszałeś mnie? W odpowiedzi prymas zamruczał coś niewyraźnie, po czym obejrzał swoją sutannę, którą jeszcze tego ranka sprowadził z Paryża na koszt państwa, a która teraz uwalana była błotem, listowiem i czymś jeszcze, czymś, co miał na sobie także Kloakr... - Gówno – powiedział Uchański – Nie mógłbyś się czasem umyć, hrabio? - Proszę ekscelencję o wybaczenie, ale ja w pośpiechu. A poza tym to cecha rodzinna. Geny i te takie... - Dobra, nie chce mi się słuchać historii twoich śmierdzących przodków. Jakie wieści mi przynosisz? Mam nadzieję, że nie gówniane... - Nie, wręcz przeciwnie – hrabia obnażył w uśmiechu swoje spiłowane zęby – Złożyłem wielkiemu hetmanowi ofertę, której nie mógł odrzucić. - Mianowicie? - Pamięta prymas Mieszka, syna hetmana?
- No i co, no i co? – kompania wręcz rzuciła się na Yossariana, który właśnie wchodził do stodoły. Ogólnie wszyscy mieli już dosyć tego zawszonego miejsca, które śmierdziało, przeciekało, gniło i nie trzymało ciepła. A poza tym nie lubili stagnacji. Najbardziej poszkodowany natomiast czuł się Gwidon, który jak najszybciej pragnął powrócić do swojego dawnego wyglądu.
***
- Kloakr? – zapytała Agrypina.
środa, 06 czerwca 2007
- Myśle, że już dość się tutaj nasiedzieliśmy – powiedział Yossarian, gdy Agryppina kończyła skubać gąskę, którą Kisimisi upolował kataną nieopodal stodoły – Myślę, że to pijusy są już na tyle pijane, że nie będzie problemu, jak przejdziemy się między nimi i trochę popytamy. - Może nawet uda nam się podsłuchać tego skubańca Zamojskiego – powiedział wyraźnie zaaferowany Jaskier - Hola, hola… - przerwał mu nieco rozbawiony Hrabia – mówiąc „nasiedzieliśmy” i „przejdziemy”, a także „popytamy” miałem na myśli oczywiście siebie. Twoja twarz bardzie, jest tak niesamowicie prowincjonalna, że zostaniesz rozpoznany, zanim zdążysz się zrąbać. Tak czy siak ja się zbieram - Mam cię w dupie ty kostropaty ciulu – zawył sromotnie Jaskier – nie będziesz mi rozkazywał. Idę i koniec. To rzekłszy wstał i zaczął się szykować do wyjścia. Yossarian starał się nie zwracać uwagi na barda. Ubrał szybciej od niego płaszcz, schował za pas pistolet, do buta sztylet i wyszedł. Klucząc między budynkami szedł w stronę świateł ognisk i pochodni. Było ich coraz więcej wraz ze zbliżaniem się Hrabiego do centrum ogromnego pola namiotowego, na którym zagnieździli się posłowie wraz ze swoimi świtami. Przechodząc obok studni Yossarian potknął się o jakiegoś dziada, który w ramach pozdrowienia krzyknął za nim coś na kształt „jak ciem dorwiem, to ciem wydupcem!” czym Hrabia specjalnie się nie przejął, bo zbyt zajęty był analizą zachowań jednostki na tle grupy społecznej i rozmyślaniami o ludzkim cierpieniu. - Chodź do nas stary – Zakwilił ktoś radośnie w pobliskich szuwarach – Mamy wódkę, Władek zapieprzył z kościoła. Yossarian nie zastanawiając się specjalnie skierował swoje kroki w stronę głosu. Już po chwili znalazł się wśród rozbawionej grupki giermków, którzy w atmosferze radości i szczęścia pili wódkę w krzakach. Głos, który zaczepił Yossariana należał do dwudziesto kilkuletniego młodziana, który przedstawił się jako Jaś, giermek Bartłomieja Bereschowa herbu chomąto. Rzeczony Władek okazał się być giermkiem Jana Kuksańca Taczanowskiego herbu Jastrzębiec, wojewody łęczyckiego. Pili tam także urocza dwórka Zmazildy Potockiej, żony Andrzeja Potockiego herbu Pilawa chorążego kamienickiego, Jadzia i małoletni Gniadek Sobieski herbu Janina, który popijając wódke mówił: - Kurna. Dobra ta wódka. Co to? - To słynna wódka Absolutny Mieszko – odpowiedziała poirytowana Jadzia ciągnąc porzadnie z gąsiorka – widać, że w twojej rodzinie nie ma specjalistów od mocnych trunków - Stary – powiedział rubasznie Władek klepiąc Hrabiego po plerach – coś za jeden? Opowiedz nam coś o sobie Yossarian, wygodnie już siedząc na omszałym kamorze wyjął z ust kiełbasę krakowską i powiedział - Ja jestem Grześ, herbu kce mi się jeść – I klepnął Władka po plerach. Cała drużyna zapiała z uciechy i pili dalej
***
„Kuźwiszon niewyżyty” myślał wpieniony Jaskier kierując się w stronę namiotów posłów. „Będzie mi tu podskakiwał na tych swoich, kurde, nogach”. Idąc dalej w milczeniu kontemplował wszystkie swoje ułomności. Przechodząc koło studni nadepnął na jakąś rzygającą niewiastę, która z pewności by go sklęła, ale chwilowo miała zajęte usta. Przeszedł jeszcze kilka staj, kiedy za sobą usłyszał dziwny szmer. Odwrócił się, ale nie był w stanie zauważyć szmeru. Szmer zdawał się wyczekiwać, a w każdym razie nie szmerał. Znudzony bard ryszył więc dalej. Szmer dawał o sobie jednak znać co parę kroków, a Jaskier do cierpliwych nie należał. - Ty pieprzony szmerze natychmiast się zdemaskuj się bo ci tymi rękami (tu strzelił kostkami obu rąk) nakopie do dupy… Szmer, gdyby tylko mógł mówić, z pewnością oświadczyłby biednemu bardowi, że niezależnie od tego, jak pokaźne i silne są ręce, nie da się nimi „nakopać”. Bard okręcił się parę razy, rozejrzał i stwierdził, że do nogi przyczepiła mu się jakaś szmata. - To ty mi tu szmerasz, ty cholerna szmato! – rzucił w noc. - Przestań hałasować. ty pedale! – zawołał ktoś z lewej strony – bo ci zaraz włoże tą twoją gitarę w dupę! - To nie jest gitara cwelu! – zawył Jaskier w przypływie odwagi – to jest kuźwa lutnia! I sam jesteś pedał, pedale! - To w takim razie wsadzę ci w dupę, kuźwa, lutnie i to ty jesteś pedał, cioto! - Twoja matka! – zawołał pretensjonalnie Bard i znudzony wyprawą postanowił wrócić do stodoły.
***
Tymczasem Yossarian bratał się z bliźnimi i zbierał cenne informacje. - Ano słyszałem, słyszałem – odrzekł – ale jakoś mi się nie wydaje możliwym, żeby Zamoyski szanowanego księcia ważył się więzić - Ano ja też nie wierzyłem, puki żek nie obaczył na własne galiszcza – podjął Jaś – Widziałem, jak związanego Stefana, razem z jego ziomami wieźli na wschód na wozie drabiniastym. Akurat razem z Władkiem podkradałem się do kościoła, prawda Władziu - Taa- odparł wylewnie Władysław - Mnie tata opowiadał – pisknął opity nieco Gniadek Sobieski – że to prawa, że go wywozili, ale to nie Zamojski go kazał wywieść.I wogle ojciec mówi, że Zamojski jakiś nieswój ostatnio. Mało je i całymi dniami siedzi w swojej chawirze, przepraszam wigwamie, czy jak to się nazywa… - Namiot, pacanie – odparła pieszczotliwie Jadzia – zresztą to, że nieswój, to prawa. Sama widziałam, jak żem wczoraj siedziała wieczorem z panią Zmazildą i panem Andrzejem, to przechodząc nawet nie odpowiedział na pozdrowienie. Gadał szeptem z jakimś dziwnym typem w kapturze. Nie pamiętam jak mu było, Pani wspominała… Wiem, Kloakr, podobnosz hrabia…
Następne dni nie przyniosły niczego nowego. Gwidon regularnie chodził na zgromadzenia, pił, jadł, palił i kochał się razem z innymi, bo, jak to ujął, musiał „wyciągnąć z tego opasłego cielska jak najwięcej korzyści”. Gdzieś pod koniec kwietnia Zamoyski dał w łapę wszystkim bardziej znaczącym szlachcicom (w tym Brzetkowi), wykopał tych mniej znaczących do domów i ogłosił rozpoczęcie prac nad nowym dokumentem, który miał zostać podpisany przez nowo wybranego króla, jako gwarant fundamentalnych praw szlacheckich w Rzeczpospolitej. - Wy ino dyć tylko o waszym własnym dobrobycie byście myśleli! A tu o dobro ojczyzny idzie! O ojczyzny przyszłość! Aby pohaniec sprosny we drzwie nam swej brudnej ogorzałej gęby nie wtykał, mienia nie grabił, dziewek nie chędożył! Aby nam dziatki wzrastały w pokoju i bliźniego miłowaniu! Aby... *** - Gwidon, dobrze się czujesz? – zapytała zaniepokojona Agryppa, gdy mag niemalże wtoczył się do stodoły i z głuchym łoskotem runął na siano. *** *** - Madakafa, ziomy! – krzyknął Gwidon, jak tylko przestąpił próg stodoły – Zgadnijcie, czego się dowiedziałem! *** - To spory problem.. – Yossarian podrapał się po głowie. Szlachcic wyglądał bardzo osobliwie. Z epokowych kronik i dzienników winka, że szlachcic był mężczyzną dość postawnym, wysokim. W owym czasie już nieco siwym. Głos jego dźwięczny w sposób niezwykły komponował się z jego purpurową szatą. Jego dumne i mądre oczy świeciły niczym dwa księżyce, zaś w ręku trzymał buławę Warto, w celach poglądowych, zaprezentować także relację na gorąco maga Gwidona, który wrócił z wieczora do stodoły, gdzie nocowali jego kompani. - Wychodzi na środek taki kloc szkarłatny, wymachuje tą swoją złotą pałą i coś tam zaczyna pieprzyć. Gada jak popieprzony, drze się. Kręci tymi swoimi kaprawymi galiszczami i jeszcze te muły słuchają go jak jakiegoś belfra. Siedziałem tam jak kretyn i słuchałem, a on rozwodził się nad jakimiś tam wyborami vanitas… - Viritim! – Poprawił go gniewnie Jaskier – czyli, że głosują wszyscy. Co za zgraja nieuków… - Kij jak to się nazywa – kontynuował Gwidon – w każdym razie gadał o tym z godzinę, a te pijusy chędorzone bez przerwy chlały i śmierdziały. Dopiero kiedy mu się znudziło, przeszedł do przedstawiania kandydatów i uwierzcie mi, wiele mu brakowało do bezstronności…
- Kluczem wiec – podniósł głos szlachcic – jest głosowanie całości szlachty, całego polskiego narodu. Tak, aby wszyscy we wyborze mieli swój udział, aby każdy decydował, aby każdy się wypowiedział… Kiedy jeden z biskupów siedzących w pierwszym rzędzie spadł z nudów z krzesła, Zamoyski przerwał i powiedział: - Teraz nadchodzi czas, aby przedstawić naszych kandydatów… (w tle odezwały się werble, a jakiś kretyn pierdnął przeciągle) - Oto delegacja Henryka Walezego!!! Na środek wytoczyła się setka nagich tancerek, które zaczęły prężyć się lubieżnie na zabłoconym klepisku. Na sygnał trąbki zerwały się z błota i zaczęły miziać podnieconych szlachciców po twarzach końcami kończyn i szeptać im do ucha coś po francusku. W tym czasie na opustoszały środek wstąpił młody i wysportowany Francuz, który łamaną polszczyzną zaczął wykładać zebranym ofertę francuskiego księcia - Drrrogie Polaki jam jest młoooody i wiecznie prrrrrystojny Jean Prrrydupas. Zachęcam was do głosowania na Księcia Walecego, grrrrrrrrdysz on jako jedyny zapewnić wam może rozrywki, których nie zapomnicie… To rzekłszy klasnął w dłonie, a na środek migiem wtoczono z setkę ogromnych beczek wina. Ubłocone tancerki zerwały się i podbiegły każda do jednej beczki. Odkorkowywały je i nabierały pełne usta wina, a potem podlatywały do poszczególnych szlachciców i aplikowały im francuski specjał in oralus. Uradowani głosujący w ekstazie zaczynali tańczyć i śpiewać, a sejm zamienił się w wielki korowód wirującego szlacheckiego mięsa skąpanego w winie. Zabawa trwała przez dobrą godzinę, aż do momentu, gdy Jean klasnął po raz kolejny, a dziewoje chwyciły w silne uda po beczce i podrygując na rękach ulotniły się z centralnego planu. Jan Zamoyski wstąpił na środek, ale czekać musiał jeszcze wiele minut, aż posłowie uspokoją się na tyle, by kontynuować prezentację. - Teraz prezentacja kandydatury Ernesta Habsburga – powiedział dziwnie beznamiętnie i usiadł. Na scenę wleciał obdarty znacząco chłopaczek i zaczął krzyczeć -Scheise, scheise! Jakieś pioruny nom zarąbały łorszak poselski kiejś za rogiem. Kruca i co my tera zrobimy? Zgromadzenie patrzyli dość dziwnie na chłopca a Zamoyski uśmiechał się delikatnie. Nagle podniósł delikatnie prawą dłoń, a kilku posłów podniosło się z miejsc i zaczęło gwizdać. Skołowany młodzieniec nie wiedząc, co zrobić krzyknął tylko „Głosujcie na Erniego, bo urwę wam małego” po czym zniknął tak szybko jak się pojawił. Po chwili na scenie znów zawitał Zamoyski, który rozkoszując się wywołanym przez siebie chaosem powiedział. - Bardzo mi przykro, ale czas nie pozawala nam na prezentacje reszty kandydatów. Ich oferty będą dostępne na 666 stronie telegazety, bądź na stronie WWW.i_tak_nie_wygracie.pl. Teraz zapraszam wszystkich posłów do wspólnej konsumpcji… Ale nie dane mu było skończyć, gdyż na środek, przepychając się przez tłum wkroczyła kilkunasto osobowa grupa, z wielkim facetem z lisią czapką na opasłym berecie na czele. - Co to kurna ma być? – Zawył facet z lisią czapką – Myślicie pieprzone capy, że ja będę się kulał przez pół Europy z tego chędożonego Siedmiogrodu, a ty zgluciały pacanie (tu wskazał palcem na Zamoyskiego) zablokujesz moją delegacje na kilometr przed Kamieniem? Nie ze mną te numery! Przewidziałem to i postanowiłem przybyć osobiście! Jam jest Stefan Batory, Książe Siedmiogrodu i nie dam sobie kaszy wdmuchiwać. Chłopy bijemy się!!
W tym momencie jego świta wyciągnął zza pazuch kije i łomy i zaczęła tłuc po mordach kogo popadło. Obrywający po ryjach nie pozostawali dłużni i z gołymi pięściami odpowiadali na ataki agresorów. Siedzący w dalszych rzędach posłowie, nie chcąc stracić dobrej zabawy atakowali swoich sąsiadów. Już po paru minutach całe pole sejmowe zamieniło się w jedno wielkie pole bitwy, na którym kilkadziesiąt tysięcy pijanych posłów tłukło się po ogorzałych ryjkach
- No i co było dalej? – Spytała podekscytowana Agryppina - W sumie to nie wiem – odrzekł mag masując się po głowie – ostatnie, co pamiętam to dzban miodu lecący w moją stronę. Jak się obudziłem parę godzin później to już wszyscy znowu pili wódkę i się kochali. Tylko Batory gdzieś zniknął. Już go potem nie wiedziałem… Siedzieli chwilę w ciszy, którą przerwał Gwidon - Ej ciulu – zwrócił się do Yossariana – coś ty taki zamyślony? - Hmm – mruknął uśmiechając się Hrabia – nie wiem jak zakończy się ta całą kabałą, ale mam dziwne wrażenie, że z tym Stefanem, to jakoś się dogadamy…
wtorek, 05 czerwca 2007
- O madafaka... – wyjęczał Gwidon obmacując się po brzuchu – Kurna chata... - To już, kurna, wiem aż za dobrze. Ten zbaunsowany badziewiarz cuchnie tak, jakby ostatni raz mył się przy urodzeniu. Czuję się jak jakieś zasrane prosię. *** Polana była dość sporych rozmiarów i cała otoczona stołami, które uginały się pod ciężarem jedzenia, picia i drzemiących szlachciców. Według programu, tego dnia przyjęte miały zostać delegacje poszczególnych kandydatów na tron polski. Gwidon, czując coraz większy ból w prawej łydce, znalazł sobie wygodne miejsce pomiędzy dwoma drzemiącymi grubasami i cierpliwie czekał. Na środek wyszedł Jan Zamoyski.
Yossarian podniósł z klepiska kawałek odpoczywającego tam kota i cisnął nim w leżących nieopodal Cecyla i Elegię. Kot, nieprzywykły do tego rodzaju rozczłonkowań, poleciał w stronę Cecyla w całości i całym swoim jestestwem, to znaczy kotem właściwym i ogonem pomocniczym przyrżnął w pochrapujący złowieszczo czerep Cecyla - Sorry stary – wymamrotał wesoło Hrabia – ja nie chciałem całym, ale jakoś tak mi się skleił… Cecyl nieskory najwyraźniej do kłótni o poranku począł z wolna podnosić się z ziemi. Pomógł także wstać Elegii, która z wyrazem wielkopańskości na twarzy jęła dumnie wyplątywać fragmenty stodoły ze swoich włosów. Yossarian tym czasem kontynuował budzenie. Podszedł niewinnie do Jaskra i szepnął mu do ucha „Penis”. Bard, jakby rażony piorunem zerwał się z miejsca i począł szaleńczo wymachiwać swoją starą lutnią trzymaną w prawej ręce, jednocześnie kurczowo trzymając się lewą ręką za rozdygotane krocze. Jaskier szamocząc się straszliwie potknął się o śpiącą Agryppinę, która wyrwana w ten sposób ze swoich snów zaczęła drzeć się po Jaskrze. Hrabia z miną niewiniątka spacerował tym czasem wzdłuż ściany zbliżając się z wolna do belki, na której mantrował przez sen Kisimisi. Yossarian wspiął się zgrabnie na sąsiednią belkę i rozwiązał samurajowi sznurowadło w lewym bucie. W tym momencie samuraj swoim pokaźnym cielskiem zgruszył na ziemie wzbijając w górę tumany kurzu. Po paru chwilach podniósł się i bez żadnego słowa oświadczył, że jest głodny i żeby się wszyscy od niego odfasolili. Yossarian spojrzał zadziornie na Gwidona i szepnął: - Rano nikomu nawet się nie chce oddawać… Gwodnon odwzajemnił uśmiech, po czym wrócił do swojego zajęcia, czyli wyrywania Brzetysławowi włosia. Według starego przepisu odnalezionego magicznej książce kucharskiej należało dodać do schłodzonej mikstury po dwa włosy z każdego, jak dosłownie traktowała książka „ośrodka włosowego” na ciele ofiary. Czarodziej dość szybko odnalazł na łysym łbie Czartoryskiego dwa samotne włosy. Szybko uwinął się także z rękami i nogami, a także pękatą klatą magnata. Problem pojawił się jednak, kiedy… - Nie będę pił kuźwa włosów z jego jajec, ani dupy! – wydarł się niespodziewanie mag – nie nie nie! - Czy teraz wystarczy dodać te włosy i wypić miksture? – zapytał niewinnie Yossarian - Tak…- zawył smętnie Gwidon – Ale jakie to ma znaczenie? Przecież ja i tak tego nie wypije… -Hmmm – mruknął Hrabia, po czym zdzielił oszołomionym wciąż kotem zafrasowanego maga. Ten zbierając z kociego łba rozpłaszczył się na ziemi - Myślę, że jednak wypijesz…- wyszeptał radośnie Hrabia rozpinając pasek Czartoryskiemu – Ale wiedz, że mnie czeka teraz cierpienie nie mniejsze niż twoje…
To rzekłszy zanurzył swoje delikatne dłonie w czarnych czeluściach magnackiego krocza…
- Pedał… - wyjąkał Kisimisi, gdy kurz wokół niego zupełnie opadł
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Następnego dnia była piękna pogoda. Yossarian zbudziły promienie słońca padające na jego twarz przez szczeliny w dachu. Uniósł się na łokciach i rozejrzał dokoła. Zaraz obok niego leżeli przytuleni do siebie Elegia i Cecyl. Nieco dalej, na kupie siana, przyciskając do piersi lutnię i donośnie chrapiąc, spał bard. Agrypina leżała zwinięta w kłębek pod jedną z belek, a - Wytłumacz mi jeszcze jedną rzecz, Gwido – hrabia podrapał się po głowie – Czy to pod tego pajaca będziesz się podszywał na sejmie? Na wstęp już chyba trochę za późno, w końcu przygoda trwa, a historia jest w toku. Tak czy inaczej Powieść, którą w mękach i znoju przychodzi nam tworzyć daleka jest od konwencjonalnych i ramowych wzorców, toteż umieszczenie wstępu po kilkudziesięciu stronach zwartego druku nie powinno stanowić większego problemy, ani burzyć wypielęgnowanej spoistości tekstu. Powieść rozbójnicza, stanowiąc przykład literatury synkretycznej, łączy w sobie mnogość gatunków i stylów, stanowiąc jednocześnie wspaniałą i twórczą odskocznie, od nerwowej rzeczywistości, dla jej wybitnych twórców. Jest ona owocem chorych umysłów i już w swoim założeniu nie ma stanowić tekstu jednolitego, lub(o zgrozo!) logicznego. Bohaterowie tej historii posiadają wiele cech ludzi nam znanych i bliskich, a także nas samych, toteż uznać ich można za literackie projekcje naszych utajonych upośledzeń, wariactw, dziwactw i fobii, ale także marzeń i ideałów. Zmieniające się dość szybko wątki i gubiące się w toku narracji postaci, przeplatają się z odniesieniami i nawiązaniami literackimi, filmowymi, lub muzycznymi, co sprawia, że nasze dzieło nazwać można postkulturowym. Mimo wielu symptomów i znaków, które mogłyby wzbudzić u czytelnika podejrzenie o rasizm, antysemityzm, homofobię, czy inny przejaw nietolerancji, pragnę oficjalnie rozwiać wszelkie wątpliwości i stwierdzić jednoznacznie, że Powieść Rozbujnicza jest rasistowska, antysemicka, homofobiczna i wyzuta z tolerancji, co jest odpowiedzią na szerzącą się falę poprawności politycznej.
Wracając jednak do naszych bohaterów…
Deszcz bębnił o dach stodoły. Bard nucił cichutko jakąś zapomnianą pieśń. Agrypina zasnęła. |
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||